http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dolejcie mi wreszcie!

Wojciech Staszewski
2010-02-12, ostatnia aktualizacja 2010-02-09 13:35

Trzeba coś zrobić, bo spadliśmy na dno i niżej się już nie da. Sukcesem jest start jednej Agnieszki na zimowych igrzyskach. Rozmowa z Andrzejem Bachledą, ostatnim polskim medalistą mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim i największym skandalistą Podhala

Andrzej Bachleda Ałuś
Fot. Tomasz Wiech
Andrzej Bachleda Ałuś
ZOBACZ TAKŻE
Dlaczego na olimpiadzie nie ma polskich narciarzy?

- Mnóstwo ludzi zadaje sobie to pytanie. W Polsce jest ok. 2,5 mln osób uprawiających narciarstwo, badania mówią, że tylu ludzi używa nart przynajmniej przez tydzień w roku. Góry mamy absolutnie przyzwoite. A kłopot sportowy dosyć duży, skoro pan się zwraca do mnie.

Bo pan jest ostatnim polskim medalistą mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim!

- No właśnie - a to było w 1974 roku.

W zdrowym kraju z takimi warunkami jak my powinienem mieć 5-10 następców. A tutaj poza Andrzejem, moim synem, który był szkolony we Francji i zdobył piąte miejsce na olimpiadzie, nie ma nikogo. Do Vancouver w konkurencjach zjazdowych nie jedzie żaden narciarz, a z kobiet tylko Agnieszka Gąsienica-Daniel.

Ma szanse na cokolwiek poza reprezentowaniem?

- Jak się jest Afrykaninem, to ma się szanse dojechać na dół. I co z tego, że 2-3 minuty wolniej od zwycięzcy? Jak się jest Francuzem albo Austriakiem, to ma się szanse na medal. My mamy szanse, żeby się przyzwoicie pokazać. W gigancie, w czym Agnieszka jest najmocniejsza, może być w granicach 10.-15. miejsca.

Ale pan jest żywym dowodem na to, że Polak może walczyć o medale.

- Po pierwsze, byłem wychowany w mocnej tradycji narciarskiej. Mój ojciec Andrzej Bachleda był mistrzem Polski, moja matka Maria, z domu Wawrytko - także.

Mieszkałem przy Dolinie Strążyskiej. Całą grupą, w kilkanaście dzieciaków, po lekcjach szliś-my od razu na narty. Wtedy narty były wszechstronne, można było na nich zjeżdżać, biegać albo skoczyć. Staszek i Jędrek Marusarzowie budowali nam skocznie. Starsza generacja nas życzliwie wspomagała.

Do szkoły też na nartach?

- Nie, taki Janko Muzykant nie byłem. Zakopane jest zresztą płaskie.

Pierwsze zdjęcie na nartach mam, jak miałem ze trzy lata. Jako młody chłopak wygrywałem "Koziołki Matołki", czyli zawody o puchar Kornela Makuszyńskiego. Moja chrzestna matka Zofia Gluzińska szyła nam numery startowe. Pamiętam, że było wyjątkowo serdecznie. Wieczorem przemarznięte nogi, miednica z gorącą wodą i nacieranie stóp spirytusem. Dziadek mi je nacierał.

A kiedy leżałem w gipsie z połamanymi nogami, nie było żadnych lamentów, krzyków, że odwieszamy narty na kołek. Rodzice wiedzieli, że to towarzyszy tej dyscyplinie.

Kiedy pierwszy raz złamał pan nogę?

- Miałem 12 lat, na treningu, paskudnie. Klasyczne złamanie narciarzy: dwie kości - piszczelowa i strzałkowa. Bo wówczas jeździliśmy w niskich i miękkich butach, wiązania były półbezpiecznikowe, czyli wypinały się, ale nie zawsze. Przy nartach ogromnej długości właśnie kości podudzia były najbardziej narażone. Człowiek był lekki, buty krótkie, narty długie, olbrzymie siły, wiatrak z nart i kości trzaskały.

Jak drugi raz złamałem nogę jako 16-latek, to miałem narty 218 cm. To było paskudne złamanie w ciężkim śniegu na Kozińcu, małej górze w Zakopanem. Spóźniłem skręt, skrzyżowałem narty, wywróciłem się i wylądowałem na plecach z bólem. Zobaczyłem przed sobą lewą nartę z butem do góry, a prawą nartę z odwróconym butem w dół. Zwieźli mnie do szpitala, okazało się, że doszło do blokady krążenia, groziło mi obcięcie nogi. W końcu mi ją złożono, ale niesymetrycznie, trochę piętą do środka.

Jak na spocznij?

- Tak, później miałem kolosalne problemy z krzyżowaniem się nart na prostych odcinkach, czyli w szusach. Na zakrętach tego nie odczuwałem, ale na prostych, jak ustawiłem stopy równolegle, to miałem tendencje do łączenia dziobów.

Źródło: Duży Format
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    31 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':