Zwolennicy o Marku Żydowiczu: bezkompromisowy wizjoner, człowiek z charyzmą, dzięki niemu przyjeżdżają do Polski największe sławy kina.
Przeciwnicy: konfliktowy autokrata, szantażysta, "dać mu bilet z Łodzi w jedną stronę".
On sam o sobie: - Jestem nieprzejednany, jeśli chodzi o mówienie prawdy. I bywam trudny, bo ludzie wolą słyszeć komplementy i schlebianie.
Pomysł na Camerimage Toruń. Rok 1993. 34-letni Żydowicz, z wykształcenia historyk sztuki, i 40-letni Kazimierz Parucki, malarz mieszkający w Wiedniu (znają się ze studiów), wymyślają festiwal filmowy Camer-image. Chcą nagradzać operatorów, których Holly-wood traktuje jak rzemieślników. A na festiwalu w Toruniu mają się poczuć jak gwiazdy.
Żydowicz do pomysłu próbuje przekonać największych ludzi polskiego kina. Andrzej Wajda uznaje to za "ryzykowne przedsięwzięcie o niejasnych kryteriach wartościowania", a Krzysztof Zanussi kieruje Żydowicza do... Andrzeja Wajdy.
Za granicą jest lepiej. - Ciekawa idea - reaguje Sven Nykvist, operator Ingmara Bergmana. - Świetny pomysł, możecie na mnie liczyć - faksuje Vittorio Storaro (m.in. autor oscarowych zdjęć do "Czasu Apokalipsy" Coppoli czy "Ostatniego cesarza" Bertolucciego).
Żydowicz leci do Rzymu. Pierwszy raz w życiu na Zachód - wcześniej był tylko w podróży poślubnej w Bułgarii. Na hotel nie ma pieniędzy. Nocleg oferuje mu ambasador Bolesław Michałek, scenarzysta i krytyk filmowy rodem z Torunia.
Żydowicz relacjonuje: - To dzięki niemu, przyjacielowi Giulietty Masiny, miałem okazję przedstawić ideę festiwalu samemu Federico Felliniemu. Mistrz, już ciężko chory, leżał w szpitalu, ale pomysł rozmowy o języku ruchomych obrazów rozpalił jego wyobraźnię. Mówił, że jeśli kiedykolwiek uda mu się wstać z łóżka, na pewno przyleci. Krótko przede mną Felliniego w szpitalu odwiedził David Lynch. Kiedy dziesięć lat później się zaprzyjaźniliśmy, odkryliśmy, że już wtedy się o siebie ocieraliśmy.
Były współpracownik: - Znam wiele takich opowieści. O spacerach z
papieżem po Ogrodach Watykańskich, albo o tym, jak zapukał do domu Herlinga-Grudzińskiego dzień po jego śmierci. Jak wracał z zagranicy, opowiadał, kto to nie chce festiwalu - Los Angeles, Monachium, Berlin.
Obecny współpracownik: - To jest człowiek, dla którego słowo "niemożliwe" nie istnieje.
Przyjeżdża Storaro Po powrocie do Polski z poparciem słynnych operatorów oraz reżysera Volkera Schlöndorffa idzie do Komitetu Kinematografii. - Jak pan chce stworzyć międzynarodową imprezę, skoro nikomu z tęgich umysłów się to w Polsce nie udało? - słyszy zza ogromnego biurka.
- Następnym krokiem będzie festiwal wózkarzy lub specjalistów od make-upu - są i takie komentarze.
Żydowicz stawia jednak na swoim. W organizacji festiwalu w Toruniu pomagają mu młodzi ludzie - studenci, nawet licealiści. - Dla nas to było jak powiew wielkiego świata - wspomina jedna z wolontariuszek.
Na pokazy w auli Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, w którym pracuje jako wykładowca, przychodzą tłumy. W konkursie startuje 12 filmów takich sław jak Jane Campion, Martin Scorsese czy Peter Greenaway. Przyjeżdża Storaro, który właś-nie skończył zdjęcia do "Małego Buddy". Jest Nyk-vist. Są Polacy: Adam Holender, Mieczysław Jahoda, Krzysztof Ptak, Sławomir Idziak, Jacek Bławut, Witold Sobociński, Witold Stok.
Po imprezie pada hasło o przeniesieniu festiwalu do Bydgoszczy. Słowo "przeniesienie" jeszcze się w tym tekście pojawi.
Lot do Hollywood Drugi Camerimage odbywa się jednak w Toruniu. Otwiera go Arthur Hiller, twórca "Love Story", szef Amerykańskiej Akademii Filmowej. Jako pierwszy z polskich reżyserów pojawia się na Camerimage Krzysztof Kieślowski. I zgadza się, żeby wykorzystać jego nazwisko do promocji festiwalu, który ma wtedy złą prasę.
- Rozmawialiśmy parę razy, patrząc sobie w oczy, i po prostu wiem, że nie użyje pan mojego nazwiska w niegodny sposób - mówi reżyser Żydowiczowi.