Peter Gabriel wydał właśnie album "Scratch My Back". Śpiewa piosenki z repertuaru Davida Bowiego, Paula Simona, Radiohead i Arcade Fire. Trudno zliczyć, w ile ról już się wcielał. Był natchnionym frontmanem kapeli artrockowej, awangardowym artystą solowym, propagatorem world music, politycznym aktywistą. Nagrywa płyty, robi muzykę do filmów, wspiera innych artystów, organizuje festiwale, prowadzi wytwórnię płytową, angażuje się w przedsięwzięcia łączące muzykę z nowymi technologiami cyfrowymi i internetem.
Na początku było Genesis. Brzmi to trochę jak trawestacja biblijnej opowieści, no ale przecież właśnie na taką nazwę w 1967 roku zdecydowała się paczka szkolnych przyjaciół, zakładając zespół w podlondyńskim Godalming. 17-letni wówczas Peter Gabriel był w nim wokalistą.
Genesis miało wielkie ambicje, nie tylko rockowe. Po kilku chudych latach zespół zabłysnął jako gwiazda sceny artrockowej. Nagrywali pełne artystycznych pretensji albumy wypełnione przez skomplikowane kompozycje, ciągnące się solówki oraz pełne metafor teksty.
Koncerty Genesis stawały się coraz bardziej teatralne, a ich centralną postacią był Gabriel - teraz już trochę rockowy wokalista, trochę aktor odgrywający bohaterów swoich utworów i przebierający się do każdej piosenki w coraz bardziej zwariowane kostiumy.
Tak się rodzi muzyka Opus magnum zespołu okazał się wydany w 1974 roku album "The
Lamb Lies Down On Broadway". Trwający ponad półtorej godziny, opowiadający mocno zakręconą, surrealistyczną historię concept album był ostatnim nagranym przez Genesis z Gabrielem. Peter Gabriel odszedł.
Nie tylko od Genesis. Chciał w ogóle zrezygnować z muzyki - głównie za sprawą żony i ich pierwszego dziecka, które przez długie tygodnie musiało przebywać w inkubatorze. - Chciałem się uwolnić od sceny, więc na ponad rok dałem sobie ze wszystkim spokój. Próbowałem uprawiać przydomowy ogródek. Bez rezultatów, ale za to z wielkim zapałem - opowiadał.
Nie został jednak drugim Sydem Barrettem, legendarnym założycielem
Pink Floyd. Po kilkunastu miesiącach wrócił jako muzyk solowy i zaskoczył zmianą repertuaru. W jego nowych, prostych piosenkach pobrzmiewały echa rocka, popu, soulu i rodzącej się właśnie nowej fali.
Z każdym kolejnym albumem - tytułowanym po prostu kolejną cyfrą - wzbogacał brzmienie o nowe elementy, wypracowując swój niepowtarzalny styl.
Z efekciarskiego frontmana artrockowej formacji przemieniał się w rockowego intelektualistę, który zamiast na rozbuchaną formę stawia na inteligentne teksty i nieustanne poszukiwanie brzmień. Na drugim albumie współpracował z liderem
King Crimson Robertem Frippem, który popchnął go w kierunku muzycznej awangardy.
Na kolejnej płycie sięgnął po rozwiązania rytmiczne rodem z muzyki afrykańskiej. To czysto muzyczne zainteresowanie przemieniło się z czasem w kulturową fascynację.
I to właśnie uczyniło z Gabriela jednego z największych i najsłynniejszych orędowników world music. - Gdybym wciąż pozostawał w enklawie zarezerwowanej dla białych mężczyzn z klasy średniej, stałbym się nudny i dla samego siebie, i dla tych, którzy mnie słuchają - wyjaśniał.
Wszystko dla Mandeli Przy okazji udowodnił też, że ważne jest dla niego coś więcej niż tylko muzyka.
To właśnie z jego trzeciego, wydanego w 1980 roku albumu pochodzi piosenka "Biko" - przejmująca, żarliwa pieśń dedykowana Steve'owi Biko, południowoafrykańskiemu bojownikowi o prawa czarnej ludności zabitemu trzy lata
wcześniej przez policję.
Utwór stał się hymnem wielu akcji i koncertów organizowanych w latach 80. przeciwko panującemu w Republice Południowej Afryki apartheidowi. Za piosenką poszły też czyny - Gabriel bardzo mocno zaangażował się w ruch praw człowieka, w tym głównie w działalność na rzecz więzionego od lat w RPA innego czarnoskórego aktywisty - Nelsona Mandeli.
Początek lat 80. to dla Gabriela jeszcze jedna przełomowa decyzja.
W 1980 roku razem z kilkoma współpracownikami zakłada organizację World Of Music, Arts and Dance, której zadaniem jest promowanie w Wielkiej Brytanii kultur krajów Trzeciego Świata. Dwa lata później organizuje pierwszy festiwal pod szyldem WOMAD, na którym spotykają się grający world music wykonawcy z całego świata. - Byliśmy bandą amatorów, która nie wiedziała, do czego się zabiera. Cały show-biznes cynicznie twierdził, że nie przetrwamy. I parę razy faktycznie się na to zanosiło. Ale wciąż jesteśmy! - śmieje się Gabriel.
WOMAD stał się prawdziwą instytucją - dość powiedzieć, że w ostatnich latach pod szyldem festiwalu rozmaite imprezy odbywały się w ponad 20 krajach na całym świecie. Za tym sukcesem poszedł następny ruch Gabriela - po festiwalu przyszedł czas na wytwórnię płytową. Założona pod koniec lat 80. Real World Records do dziś wydaje albumy zagranicznych i brytyjskich wykonawców grających bardzo szeroko rozumianą muzykę folkową, etniczną i world music.