http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tajemnice Pędzącego Królika

Tomasz Kwaśniewski
2010-02-12, ostatnia aktualizacja 2010-02-09 11:59

Przy którym stoliku doszło do przecieku w aferze hazardowej? Czy będą drinki "Rycho", "Miro", "Zdzicho"? I co wykańcza właścicielkę Pędzącego Królika?

Pędzącego Królika wyciągnął z kapelusza Mariusz Kamiński, były szef CBA
Fot. Bartosz Bobkowski
Pędzącego Królika wyciągnął z kapelusza Mariusz Kamiński, były szef CBA
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Pędzący Królik to nieformalny symbol afery hazardowej. Wyciągnął go z kapelusza Mariusz Kamiński, były szef CBA. Jego zdaniem to właśnie w tej warszawskiej restauracji nastąpił przeciek, w wyniku którego zostały ostrzeżone osoby podejrzane o nielegalny lobbing przy ustawie hazardowej.

Jak twierdzi Kamiński, stało się to podczas spotkania Marcina Rosoła, szefa gabinetu ministra sportu Mirosława Drzewieckiego, z Magdaleną Sobiesiak, córką Ryszarda Sobiesiaka, współwłaściciela firmy hazardowej Golden Play. Przeciek nastąpił dokładnie 24 sierpnia 2009 o godz. 18.15.

Właścicielką Pędzącego Królika jest Ewa Zaborowska, absolwentka ASP, mama dwóch synów, była dyrektorka kreatywna w jednej z agencji reklamowych. Pędzącego Królika założyła pięć lat temu. Nigdy wcześniej ani ona, ani jej restauracja nie byli przedmiotem zainteresowania mediów. Teraz wpadli w wir.

Pchnąłem obrotowe drzwi i wszedłem na podłogę w biało-czarną kratę. W środku w ogóle było jakoś czarno-biało. Czarne krzesła i stoły nakryte białymi obrusami. A wszystko to zwielokrotnione przez ogromne lustra.

Zapamiętałem też wykrochmalone, ułożone w coś na kształt rozety, sterczące na w pełni nakrytych stołach serwetki.

- Zapraszam do małej salki - powiedział barman. On też był czarno-biały. A do tego miał niesamowicie fantazyjny zarost. Podniósł zasłonę i wtedy ujrzałem róż. Na ścianach, fotelach, kanapach.

Czekając na Ewę Zaborowską, zamówiłem coś na rozgrzewkę. Herbatę dostałem w białym imbryczku z czarnym paskiem. Do tego białą filiżankę i biały dzbanuszek pełen malinowego soku. Wszystko bardzo pod kolor otoczenia.

Pani Zaborowska, blond włosy, biała koszula, spodnie, dostała coś gazowanego w przezroczystej długiej szklance.

Zapaliliśmy papierosy, włączyłem dyktafon.

- Pan się dziwi, że tu, w tym różu, w tych lustrach, komiksach, pokemonach, neonach, doszło do przecieku? No, błagam! Ludzie mają takie wyobrażenie, że afery powstają tylko w ciemnych, zadymionych wnętrzach. Najlepiej w jakiejś piwnicy. Zupełnie jak u Chandlera.

I pewnie pan sobie wyobraża, że ten mężczyzna z tą dziewczyną siedli sobie w najcichszym kąciku? Niestety, nie wiem, gdzie siedzieli. I powiem panu więcej: wcale nie chcę wiedzieć! Kompletnie mnie to nie interesuje! Mam na głowie większe zmartwienia. Na przykład jak przeżyć tę zimę, która mnie wykańcza.

Wy, dziennikarze, bardzo się dziwicie, że mnie to nie interesuje. Jakby to była jakaś najważniejsza rzecz na świecie. A przecież tak nie jest. Już tyle afer było, wszystkie przeminęły i nikt o nich nie pamięta.

W ogóle zadajecie ciągle te same, nudne pytania. Na przykład czy w Pędzącym Króliku bywają agenci CBA. A skąd ja mam to wiedzieć? Przecież oni nie chodzą z plakietkami "Jestem agentem CBA".

I niech pan sobie wyobrazi, że jak wybuchła afera, to też nie przyszli, żeby mnie przesłuchać. To dla mnie jest zrozumiałe, ale dla dziennikarzy nie. I trochę mnie to irytuje, bo myślę, że naszym służbom śledczym należy się jednak trochę większy szacunek niż posądzanie o to, że przychodzą do restauratorki i pytają o szczegóły, o których ona nie ma i nie może mieć pojęcia.

Zresztą ja mam prozaiczne wyjaśnienie, dlaczego ta rozmowa odbyła się właśnie u mnie. Po prostu Ministerstwo Sportu znajduje się o 30 kroków stąd i nie ma bliższego miejsca.

Nie, nie odpowiem panu na pytanie, czy w Pędzącym Króliku bywają osoby publicznie znane. A już na pewno nie powiem, jakie. Bo mnie obowiązuje dyskrecja.

Prywatność moich gości jest dla mnie święta.

Nie, proszę pana, nie mam pokusy, żeby wiedzieć, o czym rozmawiają moi goście!

Nie, oni mnie nie pytają, przy którym stoliku doszło do przecieku. W ogóle mam wrażenie, że nie interesują się tą sprawą. A jeśli już o coś zdarzy im się zapytać, to ile zapłaciłam za tak gigantyczną reklamę. Odpowiadam, że jestem obrotna i miałam gest.

Ale z drugiej strony rzeczywiście zapłaciłam. Choćby stresem związanym z wystąpieniem w wieczornym wydaniu "Faktów" TVN.

Źródło: Duży Format
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    51 głosów

FBI prześwietliło Jobsa

W 1991 roku administracja prezydenta George'a Busha seniora rozważała zatrudnienie Steve'a Jobsa. FBI sprawdziło wtedy dokładnie Jobsa, a teraz upubliczniło tamte informacje

Obama walczy o pigułkę

Nawet niektórzy demokraci nie zgadzają się z rozporządzeniem prezydenta Baracka Obamy, które zmusza pracodawców do zapewnienia pracownikom darmowej antykoncepcji

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W sobotę z ''Gazetą'':

  • Wysokie Obcasy