Dzwonił pan już do Krzysztofa Piesiewicza?
- Nie. I nie zamierzam. Nie mam mu nic do powiedzenia. Gdyby żył adwokat Edward Wende, on jeden chwyciłby za słuchawkę i zrugał Piesiewicza.
Zrugał? Niektórzy uważają senatora Piesiewicza za ofiarę.
- Chyba własnej lekkomyślności i nieodpowiedzialności! To cechy, które dyskwalifikują go jako polityka. Nie potępiam go za to, co zrobił, ale że głupio dał się podejść.
Każdy ma prawo robić w domu to, na co ma ochotę. Może się upić i leżeć pod stołem. Ale jak wyjdzie w tym stanie na ulicę, to gorszy innych. Każdy może flirtować, ale nie powinien robić z tego publicznego przedstawienia. Sędzia baron von Andergast z powieści Jakoba Wassermanna zwykł chadzać do pewnej gospodyni i gryźć jej kapeć. Ale było to w czasach sprzed wynalezienia kamer, aparatów cyfrowych i telefonów komórkowych. Dzisiaj trzeba się mieć na baczności.
Jako prawnik Piesiewicz też się nie popisał. Powinien wiedzieć, że szantaż to przestępstwo. Trzeba je zgłosić organom ścigania. Zamiast tego płacił szantażystkom.
Nie współczuje mu pan?
- Nie chciałbym być na jego miejscu. Jest na dnie, w piekle, które sam stworzył. O ile pamiętam, jego ulubioną lekturą jest "Upadek" Alberta Camusa.
Zna pan Krzysztofa Piesiewicza od dziecka. Kolegował się pan z jego ojcem Marianem Piesiewiczem, także adwokatem.
- Przed wojną stary Piesiewicz był sędzią w Sądzie Okręgowym w Siedlcach. Opowiadał mi, jak pewnego razu sądził w skomplikowanej sprawie o zabójstwo. Trzeci dzień procesu, piątek. Przemawia oskarżyciel. Mija jedna godzina, druga i kolejna, a końca wystąpienia nie widać. Sędzia Piesiewicz wierci się niespokojnie i co chwila spogląda na zegarek. Dochodzi trzecia. Pod gmachem czeka już pewnie dorożka. Ma go zawieźć na stację kolejową, a dalej pociągiem do Warszawy, na premierę teatralną. Prokurator wreszcie kończy, ale teraz kolej na stronę przeciwną. "Udzielam głosu obrońcy"- ogłasza z rezygnacją w głosie sędzia Piesiewicz.
"Wobec wyników przewodu sądowego proszę o uniewinnienie" - mówi tylko obrońca.
"Ha, mołodiec!" - wykrzykuje sędzia Piesiewicz. Sąd udaje się na naradę i ledwie po chwili ogłasza werdykt: "Niewinny!". Sędzia pędem zbiega do dorożki, woźnica pogania konie i wieczór w teatrze zostaje uratowany.
Marian Piesiewicz to była barwna postać! Zapamiętałem, że do wszystkich - nie wiedzieć czemu - zwracał się "panie Aleksander". Choć był rozmiłowany w zawodzie sędziowskim, po wojnie został adwokatem. Zmusiła go do tego polityka. Nie chciał sądzić w PRL-u.
Krzysztof, młodszy z jego synów, aplikował u mecenasa Macieja Dubois. Był inteligentny, przewrotny i oryginalny. Zawsze wpadał na pomysły, które wszystkich zadziwiały i których nikt nie rozumiał. Skrajnie krytyczny wobec środowiska adwokackiego.
Krzysztof bardzo się zaangażował w obronę więźniów politycznych. Razem z adwokatami Edwardem Wende i Janem Olszewskim był oskarżycielem posiłkowym w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki. Był inteligentnym mówcą. Pamiętam jego słynne: "Oskarżeni działali jak automaty. Ale kto je uruchomił?".
Bronił też płk. Ryszarda Kuklińskiego przed sądem wojskowym. Zdarzyło mi się występować z nim w kilku sprawach - dewizowej, bandyckiej, gospodarczej. Zawsze można było usłyszeć coś interesującego.
Flirciarz z niego był wielkiej miary. Dziesięć lat temu rozstał się z żoną, ale nie rozwiódł. Sławę i pieniądze zdobył na współpracy z reżyserem Krzysztofem Kieślowskim.
"W krótkim filmie o zabijaniu" Piesiewicz stworzył przejmującą scenę przygotowań do egzekucji. Czy był pan świadkiem wykonania wyroku śmierci?
- Szczęśliwie nie byłem. Żaden skazany o to nie prosił. Ale miałem takie zdarzenie.
Pewnego dnia - a było to jakieś dziesięć lat temu - odebrałem telefon. Z celi śmierci amerykańskiego więzienia dzwonił Polak skazany za okrutne morderstwo. Chciał, żebym doprowadził do wznowienia procesu. Gdy tak rozmawialiśmy, nagle mój pies zaczął szczekać. Mężczyzna umilkł. Po chwili powiedział: "Wie pan, pierwszy raz od 18 lat słyszę szczekanie psa". "Mój Boże, pomyślałem, jakie to nędzne życie!". Ostatecznie nie przyjąłem tej sprawy, bo gubernator stanu Illinois zamienił mu karę śmierci na dożywocie.
Źródło: Duży Format