Pamiętam go jako doskonałego znawcę prawa międzynarodowego, który kontynuował jeszcze przedwojenną szkołę warszawską i poznańską. Jako profesor prawa cieszył się szacunkiem w europejskich i amerykańskich środowiskach naukowych. Profesor był recenzentem mojej pracy doktorskiej, przez lata zachowaliśmy przyjacielskie relacje.
Był konserwatystą w poglądach, osobą o angielskim poczuciu humoru, lekko zdystansowaną wobec siebie i innych. Jego wykłady cieszyły się niebywałym powodzeniem. Jednym z jego fundamentalnych dzieł była praca opolskiej granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Szczególne było w niej to, że bronił polskiego stanowiska przy użyciu argumentów prawnych, a nie ideologicznych. To był wspaniały przykład dzieła odpowiedzialnego uczonego.
W 1989 r. premier
Tadeusz Mazowiecki zaproponował mu objęcie stanowiska ministra spraw zagranicznych i to był wybór najlepszy z możliwych.
Wielu jego krytyków zarzucało mu, że przykładał zbyt dużą wagę do formalnoprawnej strony relacji międzynarodowych. Dzięki temu stworzył jednak fundamenty współczesnej polskiej polityki, bo na dokumentach przez niego podpisanych opieramy się do dziś. Minister Skubiszewski uregulował relacje z siedmioma nowymi sąsiadami Polski.
Jego największym sukcesem było doprowadzenie do udziału Polski w konferencji "dwa plus cztery", na której uzgodniono warunki zjednoczenia Niemiec. O szacunku i zaufaniu, jakimi darzono prof. Skubiszewskiego, świadczy to, że o jego nominację na przewodniczącego trybunału ds. roszczeń w Hadze wnioskowały dwa zwaśnione państwa -
USA i
Iran.
Jego śmierć przyjąłem z prawdziwym żalem. Nie mamy w Polsce ludzi, którzy cieszyliby się tak wielkim międzynarodowym szacunkiem.