http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Skubiszewski - pierwszy dyplomata

Bartosz T. Wieliński
2010-02-09, ostatnia aktualizacja 2010-02-09 02:26

Jako szef polskiej dyplomacji Krzysztof Skubiszewski wierzył w polsko - niemiecką wspólnotę interesów. Po 20 latach historia przyznała mu rację

GALERIA ZDJĘĆ
Prof. Krzysztof Skubiszewski nominowany na szefa MSZ w rządzie Tadeusza Mazowieckiego 12 września 1989 r. wchodzi do pałacyku ministerstwa przy Foksal. Nazajutrz rząd ma zostać zaprzysiężony. Skubiszewski w Warszawie nie ma jeszcze gdzie mieszkać. Będzie nocował w pałacyku, na kanapie na piętrze. Ledwie przekroczył próg, dzwoni telefon. Na linii Bonn.

Szef zachodnioniemieckiej dyplomacji Hans -Dietrich Genscher chce rozmawiać o obywatelach NRD, którzy przez Odrę uciekają do Polski, do warszawskiej ambasady RFN. - Będziecie ich odsyłać? - pyta Niemiec. To pierwsza dyplomatyczna rozmowa w karierze profesora.

Skubiszewski i Mazowiecki mają problem. Między krajami obowiązuje porozumienie o odsyłaniu złapanych zbiegów. Enerdowcy domagają się jego respektowania, podobno kilka osób już im wydano. Naciska na to kontrolowane przez komunistów MSW. Za Odrą zbiegów czeka proces i nawet osiem lat odsiadki. Skubiszewski odmawia. Uciekinierzy bez przeszkód docierają do Warszawy. Potem specjalnymi pociągami ruszają do RFN. Skubiszewski i Genscher będą odtąd przyjaciółmi.

- Profesor mówił, że mamy mimo wszystko wspólnotę losu. Kilka lat wcześniej Niemcy wysyłali do Polski miliony paczek z żywnością. W1989r. mogliśmy się za to zrewanżować -mówi Marek Prawda, wówczas działacz Komitetu Obywatelskiego, dziś ambasador RP w Berlinie. To Skubiszewski przyjął go do pracy w dyplomacji. -Był przekonany, że bliskie stosunki z Niemcami są kluczowe, jeśli Polska ma znaleźć sobie w Europie nowe miejsce -mówi Prawda. Dwa tygodnie temu do ambasady zaprosił Niemców, którzy 20 lat temu uciekali przez Odrę. O ówczesnym polskim ministrze mówili w samych superlatywach. Sam Skubiszewski z powodu choroby do Berlina nie przyjechał.

Minister od spraw przełomowych

4 września 1989r. Skubiszewski nie usłyszał od Mazowieckiego propozycji objęcia teki szefa MSZ, tylko polecenie. Słowa premiera: "proponuję panu stanowisko ministra", były grzecznościową formułką. Skubiszewski wił się, wskazywał godniejszych kandydatów. Premier nie chciał ustąpić. PZPR domagała się swojego szefa dyplomacji. Aby wyrwać komunistom to stanowisko, Mazowiecki potrzebował kandydata, którego zaakceptuje prezydent Jaruzelski. A ten Skubiszewskiego znał. Profesor w drugiej połowie lat 80. zgodził się wejść do powołanej przez Jaruzelskiego Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa. Chciał w ten sposób wpływać na władze, by w obliczu kryzysu PRL poszły na ustępstwa wobec opozycji. W stanie wojennym Skubiszewski działał w prymasowskiej Radzie Społecznej. W "Solidarności" był tylko szeregowym członkiem. Od lat 50. był związany z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie studiował, a potem wykładał prawo międzynarodowe. Za potępienie antysemickich czystek i inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację w1968r. przez lata odmawiano mu profesury.

Gdy we wrześniu 1989r. wchodził do gmachu MSZ, był tam jedyną niezwiązaną ze starym reżimem osobą. W resorcie ostro zamachnął się miotłą. Na miejsce zwalnianych przychodzili ludzie z uniwersytetów figurujący w "notesie Geremka". Ze starego układu minister zostawił jednak sporo fachowców średniego szczebla. Bez nich - jak tłumaczył - nie dało się pracować. Skubiszewskiego po latach krytykowano jednak, że nie wyczyścił resortu do końca.

- Potrafił rozmawiać z europejskimi politykami. Jego elegancja była legendarna, podobnie jak erudycja. Jako prawnik międzynarodowy zdobył uznanie, zanim został ministrem -wspomina Janusz Reiter, pierwszy ambasador III RP w Niemczech, dziś prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych. Grzegorz Dziemidowicz, wieloletni rzecznik Skubiszewskiego, przypomina sobie spotkanie z szefem brytyjskiej dyplomacji Douglasem Hurdem. - Skubiszewski wykładał, jaka powinna być polityka Zachodu wobec Warszawy. Hurd tylko dopowiadał: "Tak, panie ministrze, zupełnie się z panem zgadzam".

Tydzień po powołaniu rządu podpisał pierwszą umowę międzynarodową, o współpracy gospodarczej z EWG. Przemawiał po francusku. Rok później podczas konferencji "dwa plus cztery" poświęconej zjednoczeniu Niemiec był jedynym dyplomatą, który nie nosił słuchawek. Mówił biegle po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku.

Dziennikarze z tamtych lat wspominają go jednak jako człowieka dość sztywnego. Pracę traktował jako służbę. Zrezygnował z ochrony i dodatków do pensji. Mówił, że Polska to kraj na dorobku i trzeba liczyć każdą złotówkę.

Wobec współpracowników utrzymywał dystans. Chciał wszystkiego dopilnować sam. - Potrafił w nieskończoność poprawiać teksty, nawet te, które sam napisał. Pamiętam exposé, w którym ostatnią poprawkę naniósł, odczytując je z sejmowej mównicy - mówi Dziemidowicz.

Na zachód przez Niemcy

Gdy zaczynał pracę, w Polsce stacjonowała ciągle Armia Czerwona. Rumuński dyktator Nicolae Ceausescu nawoływał do udzielenia Polsce bratniej pomocy, palił się do tego Erich Honecker. Nowy minister miał za zadanie uspokajać sojuszników.

"Skubiszewski, bezpartyjny znawca prawa, katolik, ale nie klerykał, krytyczny wobec reżimu uczony, ale nie jawny antykomunista, potrafi słuchać, ale nie daje się przegadać. Uosabia zarówno zmianę, jak i ciągłość w polskiej polityce zagranicznej" - pisał jesienią 1989 r. niemiecki tygodnik "Die Zeit".

Sam minister w zeszłorocznym wywiadzie dla "Gazety" tłumaczył, że nie dało się następnego dnia po utworzeniu rządu Mazowieckiego wystąpić z Układu Warszawskiego. - Układ trzeba było najpierw osłabić, a później go zlikwidować - za zgodą wszystkich stron. Czyli przekonać także ZSRR, że Układ jest martwy - mówił. Krytycy rządu Mazowieckiego zarzucali mu potem, że prowadził wobec ZSRR zbyt łagodną politykę i przez pierwsze miesiące dążył do "finlandyzacji" Polski. -Bzdura. Już wtedy Skubiszewski szykował zwrot na Zachód i planował wejście do NATO. My w NRD byliśmy wobec tego sceptyczni, a on nie widział dla swojego kraju innej alternatywy. Tyle że trzeba to było robić z wyczuciem, bo na takie zmiany nie był gotowy ani Zachód, ani Moskwa - mówi Markus Meckel, działacz enerdowskiej opozycji i ostatni szef MSZ wschodnich Niemiec. Skubiszewskiego poznał w1990r., gdy w pierwszą podróż po objęciu urzędu udał się do Polski.

W lipcu 1991 r. podpis Skubiszewskiego znalazł się pod dokumentem rozwiązującym Układ Warszawski. Pół roku później rozpadł się ZSRR. Skubiszewski od zera budował stosunki z nowymi państwami. W maju 1992 r. na Kremlu na gorąco poprawiał umowę o wycofaniu wojsk rosyjskich z Polski. Chodziło o zapisy o utworzeniu polsko-rosyjskich spółek joint venture na terenie byłych sowieckich baz. Gdyby przeszły, w Polsce bez przeszkód zakładano by rezydentury rosyjskiego wywiadu i mafii. Rok później razem z prezydentem Wałęsą upili rosyjskiego prezydenta Borysa Jelcyna, dzięki czemu ten zgodził się na wejście Polski do NATO.

- Będziemy o tyle skuteczni na Wschodzie, o ile skuteczni będziemy na Zachodzie - powtarzał minister. A według niego droga na Zachód wiodła przez Niemcy. Janusz Reiter: - O konieczności nowego otwarcia w stosunkach z Niemcami mówił długo przed upadkiem komunizmu. O niemieckich zbrodniach bynajmniej nie chciał zapominać. Z historii wyciągał wniosek, że trzeba się pojednać i współpracować.

O uznanie zachodniej granicy

11 listopada 1989r. kanclerz Helmut Kohl wspólnie z Mazowieckim uczestniczyli w mszy pojednania w Krzyżowej. Świat obiegły zdjęcia polityków padających sobie w ramiona.

Problemem była jednak granica na Odrze i Nysie. Kohl po upadku muru dawał do zrozumienia, że zjednoczone Niemcy ją uznają. Oficjalnie nie chciał tego jednak potwierdzić, bo bał się reakcji konserwatywnego skrzydła swojej partii - CDU. Wypędzeni i konserwatyści z Bawarii głośno dopominali się wówczas, by kwestię granic otworzyć, domagać się od Polski odszkodowań za mienie, a nawet negocjować zwrot części Śląska i Pomorza. W ogłoszonym przez Kohla dziesięciopunktowym planie zjednoczenia Niemiec o granicach nie było słowa. - Kohl upierał się, aby z tym poczekać. Skubiszewski był tym dotknięty. Nie obraził się jednak, tylko zabrał do roboty. A negocjatorem to on był twardym - wspomina Meckel.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':