Miejsce mojego kraju jest w G 20 - mówił prezydent. I dodał: "Moja ojczyzna nie jest w sytuacji złej. Mamy jako jedyni w Europie dodatni wzrost gospodarczy (...), mamy niezłą sytuację finansów publicznych, są kłopoty, ale pod tym względem Polska ma warunki lepsze od przeciętnych".
Oj, oj, oj. To prezydent zrobił numer swoim przyjaciołom z
PiS, a nawet zaprzeczał temu, co sam niejednokrotnie mówił. Bo przecież do tej pory oficjalna wykładnia była inna. Choćby na stronie prezydenta RP można wyczytać: "Realnie oceniając stan polskiej gospodarki, prezydent wielokrotnie zwracał uwagę na zbyt optymistyczne prognozy makroekonomiczne rządu na rok 2009 (m.in. znacznie zawyżona prognoza wzrostu PKB oraz zaniżony deficyt finansów publicznych)".
Dwie niemal całkowicie odmienne oceny. Jedna na użytek świata, druga na polski rynek. A wystarczy sobie jeszcze przypomnieć orędzie prezydenta z maja 2009 r., które było totalną krytyką rządu. A tu proszę - zaszła zmiana?
Od początku światowego kryzysu gospodarczego PiS krytykuje rząd Donalda Tuska - że sobie nie radzi, że podejmuje błędne decyzje, że to najgorszy rząd, jaki miała Polska. - To, co się dzieje w finansach publicznych, to jest demolka państwa. Wszędzie jest źle. Ale najistotniejsze jest to, że ten rząd albo nie umie albo nie chce walczyć z kryzysem - grzmiał wielokrotnie
Jarosław Kaczyński (to akurat cytat z czerwca).
Liderów PiS nigdy nie przekonywały nie najgorsze wyniki gospodarcze i to, że Polska jako jedyny kraj w Europie może się pochwalić niewielkim, ale jednak wzrostem gospodarczym. Plan reformy finansów publicznych przedstawiony przez premiera skwitowano krótko słowami Aleksandry Natalii-Świat, wiceszefowej PiS - "zbiór ogólników".
Prezydent dzielnie sekundował tym ocenom. Krytykował, wetował, zwoływał Rady Gabinetowe. I na spotkaniu z dyplomatami nagle stwierdza, że Polska może się pochwalić niezwykle prężną gospodarka, ba jedną z najlepszych na świecie.
Można uznać to za objaw hipokryzji, albo pochwalić za to, że w sprawach najważniejszych Polska mówi na świecie jednym głosem, mimo politycznych sporów. Lepiej chwalić oczywiście.
Deklaracja prezydenta nie pozostanie tak zupełnie bez echa i nie można jej uznać wyłącznie za dyplomatyczny konwenans. A jak teraz będą wyglądali liderzy PiS krytykujący rząd za decyzje gospodarcze, skoro prezydent domaga się Polski w G-20?
- To tylko rządowa propaganda - tak do tej pory o sukcesach Polski mówił PiS. I co? W propagandę rządową włączył się prezydent? Zwariować można.
A przede wszystkim: komu wierzyć? Politykom raczej nie, i to nieważne, czy są z opozycji, czy z rządu. Przecież czekają nas wybory za wyborami i politycy już się na nas szykują. Tzn. na nas, wyborców. Przez najbliższe dwa lata my, wyborcy, będziemy najważniejsi. Może więc byśmy tak coś na politykach wymusili? Taka sytuacja może się szybko nie powtórzyć.