Jedni nazywają go Brunonem, inni mówią: Rudolf. Ani jedno, ani drugie imię nie pasuje, bo to kotka. Na terenie muzeum zamieszkała pół roku temu. Przesiaduje przy bramie z napisem "Arbeit macht frei". Wita zwiedzających, daje się pogłaskać.
Zwiedzający robią jej pamiątkowe zdjęcia. Jej fotografia ilustrowała tekst o Auschwitz w "Polityce".
- Bruno cieszy się powszechną sympatią pracowników muzeum, ale dla jego dobra byłoby lepiej, gdyby po półrocznej "służbie" w muzeum, gdzie najwyraźniej się zadomowił, trafił do schroniska dla zwierząt - powiedział na łamach lokalnego portalu Super-Nowa dr Adam Cyra, starszy kustosz Muzeum Auschwitz.
- Nasz kot do schroniska? Nie! - na Facebooku rozpoczęła się akcja w obronie kota. Na zarzut kustosza, że błyski fleszów szkodzą kotce na oczy, jedna z użytkowniczek Facebooka zaapelowała: "Wyłączajmy lampy błyskowe, gdy robimy kotu zdjęcia".
Jarosław Mensfelt, rzecznik muzeum, tłumaczy, że słowa kustosza nie są oficjalnym stanowiskiem placówki w sprawie kota. Nie ma planów wywiezienia go do schroniska. Dodaje, że na terenie muzeum oprócz kota jest mnóstwo innych zwierząt - zaglądają tu sarny, lisy, a nawet czaple.
Ale sprawą kota z Auschwitz już zainteresowała się katowicka fundacji For Animals. Jej zdaniem umieszczanie wolno żyjącego kota w schronisku byłoby dla niego wielką krzywdą. I proponuje dostarczenie ocieplanego domku dla kocicy.
Źródło: Gazeta Wyborcza