Barack Obama nie przyjedzie w maju do Hiszpanii na szczyt
USA - UE, więc Hiszpanie szczyt odwołali i są obrażeni. Rzecznik rządzących socjalistów José Antonio Alonso z grubej rury wypomniał rządowi USA, że ten "powinien pamiętać, iż Unia to nie tylko mocarstwo gospodarcze, ale i gracz polityczny z najwyższej półki". Gazety od Madrytu przez Paryż po Berlin lamentują o "rozczarowaniu" albo nawet "policzku".
Amerykanie mówią, że od zeszłego roku jasno dawali do zrozumienia Madrytowi, że Obama nie przyjedzie. Hiszpanie uparcie naciskali i skończyło się małym skandalem. Mniejsza o to, skupmy się na tym, dlaczego Obama na szczyt nie chce jechać.
W skrócie - bo Europa, wbrew temu, co mówi pan Alonso, nie jest dziś w świecie graczem z pierwszej półki.
Mocarstwową i w ogóle jakąkolwiek pozycję w świecie buduje się za pomocą trzech czynników. Wpływów gospodarczych - od pomocy przez inwestycje po sojusze handlowe - lub wojny. Twardej siły - od sprzedaży broni przez wojny wywiadów po wojny klasyczne. I dyplomacji - czyli tego, kogo się zna, lubi i potrafi do swych pomysłów przekonać. Ze wszystkich instrumentów korzystają, choć w różnej mierze i z różnymi skutkami, i USA, i Chiny, próbują korzystać, zwłaszcza w swoich okolicach,
Rosja, Japonia, Brazylia czy Indie.
A Europa? Nawet gospodarcze wpływy Europy są wątpliwe - gdzie jest wspólna polityka energetyczna, która pozwoliłaby UE w stosunku do gazowej dyplomacji Rosji przyjąć postawę partnera zamiast petenta? Na deficyt dyplomacji miał pomóc traktat lizboński, przeceniany przez jego wyznawców i demonizowany przez wrogów. Zmienił niewiele. O zbrojnym ramieniu UE nie ma nawet co mówić.
Efekt jest taki, że konferencję klimatyczną - w Kopenhadze, w Europie - rozegrali między sobą Amerykanie, Chińczycy, Brazylijczycy i Hindusi. Obama o pomoc w Afganistanie woli prosić nie UE, tylko różne kraje Europy z osobna. Jak pisze Politico.com w swym blogu dyplomatycznym, Obama szczyt USA - UE w Pradze rok temu uznał za stratę czasu.
Już na początku jego prezydentury powiedziano Europejczykom, że USA do końca 2009 r. czekają na konkretne propozycje w sprawie Iranu, Afganistanu czy stosunków z Chinami. UE takich propozycji nie ma, więc Obama nie chce "tracić czasu" na kolejny szczyt, na którym będzie dużo zdjęć, a żadnych konkretów.
Nie chcę tu przyłączać się do chóru wołającego "wspólna Europa nie ma sensu". Ma, można w jej ramach robić świetne rzeczy, jak np. Partnerstwo Wschodnie. I np. to dzieło dwóch spośród aktywniejszych europejskich szefów
MSZ - Carla Bildta i Radka Sikorskiego - ma szanse dostać wsparcie Waszyngtonu. Ale kilka nawet bardzo sensownych inicjatyw nie czyni z Europy mocarstwa światowego.
Geopolityczny niedorozwój UE jest w znacznej mierze nie do uniknięcia - Unię tworzą i długo jeszcze będą tworzyć niepodległe państwa o różnych interesach, a przynajmniej rożnie je definiujące. Ale czasem ma się wrażenie, że przywódcy państw UE te różnice wyolbrzymiają albo strzelają z uporem Europie w stopę.
Jak mógł wzmocnić UE, po szumnie zatwierdzonym traktacie lizbońskim, wybór na pierwszego ministra dyplomacji baronessy, której nikt wcześniej nie znał z jakichkolwiek osiągnięć lub autorytetu? Jak wzmacnia europejską solidarność minister z zachodu Europy zastanawiający się publicznie w Halifaksie przy amerykańskich i kanadyjskich gospodarzach, czy aby "niektóre kraje UE [wiadomo, o kogo mu chodziło] świadomie nie chcą złych stosunków z Rosją?". Jak dziwić się Amerykanom, że nie traktują Europy jako całości?
Mnie, Polaka i poznaniaka, ucieszyło, że konkurs na plakat europejski wygrała studentka właśnie poznańskiej ASP. Ale jest w tym wyborze i gorzka ironia - symbolem Europy ma być wysoki kieliszek od koktajlu.
Coś w tym jest. Pretensje, że Europy nie traktuje się jak "gracza politycznego z najwyższej półki", wyglądają tak poważnie jak krzyki dzieciaków z koktajlami na Ibizie. W Europie jest wciąż kilku dość poważnych graczy. Ale Europa jako całość, niestety, się nie liczy. Świat dorosłych jest gdzie indziej. Gest Obamy tylko to przypomina.