http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chopin: piękna brzydota

Piotr Wierzbicki*
2010-02-08, ostatnia aktualizacja 2010-02-05 18:17

Dionizyjskość ekstremalna zestrzelona z apollińskością niewzruszoną, furia niepohamowana w ryzach władczej potęgi. Nie było czegoś podobnego w muzyce i już nie będzie



Fot. Marzena Hmielewicz / AG
ZOBACZ TAKŻE
Styl Chopina to pisać muzykę piękną w normalnym, potocznym znaczeniu tego słowa, a więc kojącą, balsamicznie harmonijną, przyjazną zmysłom.

Pięknie - to rzecz podstawowa - brzmi fortepian. Nie wszyscy osiągają ów efekt.

W Das Wohltemperierte Klavier Bacha fortepian brzmi pięknie, choć pisane to było na trochę inne instrumenty klawiszowe. Händlowi (w suitach) idzie gorzej: on pewniej się czuje w orkiestrze. Domenico Scarlatti w wersji fortepianowej jest wspaniały. Haydn nie czuje fortepianu ze skromności, ma naturę antysolistyczną, antyprimabalerinowską, jego talent eksploduje dopiero tam, gdzie w harmonię przychodzi zestrzelić kilka głosów. Mozart - przeciwnie - brylowanie na tle orkiestry, przemawianie do niej, perorowanie, rywalizowanie z nią to jego żywioł, a że gust ma zawsze bezbłędny, więc prawie nigdy nie ucieka się do krzyku, głos jego jest słodki, aksamitny. Beethoven potrafi pisać pięknie na fortepian (Koncert numer IV), ale w sonatach, i to niekoniecznie tych ostatnich (bo i w Appassionacie), od fortepianu zdaje się wymagać zbyt wiele. Schubert nie dość biegły warsztatowo, Schumann nazbyt symfoniczny, Liszt z klawiaturą za pan brat, Debussy brzmienia wręcz wirtuoz, u Prokofiewa znać rękę pianisty, u Bartóka odrobinę mniej.

Fortepian Chopina nie ma sobie równych pod względem piękna. Niezliczona też jest mnogość jego odmian w samym czystym brzmieniu tej muzyki.

Wykwintny wdzięk arabesek w etiudach drugiej z opusu 10 i drugiej z opusu 25, krystaliczna jasność kantyleny w pierwszej części Sonaty h-moll, matowe kontury ziewliwych preludiów (trzynaste i dwudzieste pierwsze), mrożący krew w żyłach szmerek partii lewej ręki w Etiudzie c-moll kończącej pierwszą dwunastkę, mrok chorałowych akordów w Scherzu cis-moll, smętek elegijnych epizodów w polonezach es-moll, cis-moll... I ów dźwięk przyjazny zmysłom, miły uchu zdaje się być dziwnie odmaterializowanym, przetworzonym, oczyszczonym z pospolitej fizyczności.

Szkliste świecidełka gołej klawiatury, których się nie wstydził młody Liszt, fajerwerki nagich barw, którymi będzie błyszczeć Debussy, to nie jego świat, nie jego styl. Dźwięków u niego zawsze raczej mniej niż więcej. Skąpiec, sobek, asceta. Tylko Sonatę wiolonczelową wypuszcza z ręki skażoną kaskadami nagich, pustych tonów, ale taki jest skutek, gdy się, nie dysponując poręcznym standardem, komponuje z namowy przyjaciela, a nie z natchnienia.

Piękne u Chopina są harmonie. Te ze wstępnych akordów w Nokturnie As-dur opus 32 i te z ostatnich akordów w Nokturnie f-moll opus 55. Te z Etiudy E-dur opus 10 i te z Etiudy cis-moll opus 25. Te z Etiudy f-moll w zbiorze Moschelesa i Fetisa i te z Preludium h-moll. Te z ostatnich współbrzmień Impromptu Fis-dur i te, co w Walcu cis-moll ożywiają błahą pasażykową katarynkę.

Piękne u Chopina są melodie.

Piękna jest Etiuda E-dur, trzecia z opusu 10, pozornie nokturnowa, bo z początku elegijna, powolna, a tak naprawdę bliższa raczej preludiom, nie opowieść mająca za swój przedmiot, lecz wyznanie, i to przedziwnie radosne, jasne, uskrzydlone poczuciem spełnienia, niezwarzone zwątpieniem, bólem, żalem, niepróbujące niczego wytłumaczyć, wszystko jest przecież na swym miejscu w bezpretensjonalnej harmonii istnienia.

Piękny jest Nokturn Es-dur opus 55, z ogromną kantyleną wijącą się w gąszczu dogadujących z boku małych nutek, smutną bezbrzeżnie, już, już gotową, by wypluć z siebie jakąś rozdzierającą pretensję, i w ostatniej chwili stygnącą w geście już kompletnie chłodnej rezygnacji, jakby chciała powiedzieć: "A niech tam".

Piękny jest, najpiękniejszy ze wszystkiego, co kiedykolwiek napisano na fortepian, Nokturn H-dur, przedostatni. Wysnuta z dwóch akordów nikła, niefrasobliwa melodyjka, wciąż zanikająca, ledwie podtrzymywana przy życiu przez chropowate, ciemne harmonie, zbawienne, lecz zarazem zwodzące, zmętniające wątek, wznosi się do króciutkiej kulminacji, śmiga w zawijasowej gamce - w górę i w dół - ustępuje na chwilę dziwnym, niemal tanecznym podrygom, powraca w trylach, po czym odchodzi z wolna z niezmąconym, zgoła anielskim spokojem, zostawiając sobie na sam finał westchnienie... Utykająca kantylenka uwikłana w ubożuchne perypetie... Piosenka, co to jej ani zanucić nie sposób, ani nawet porządnie zapamiętać... I przezroczysty, błękitny ton.

Lecz czyż strażnik proporcji pozwoli swej sztuce oddać się stokrotkom i fiołkom? Lecz czyż architekt i reżyser równowagi zgodzi się na to, by harmonie balsamiczne, melodie kojące, dźwięki najżyczliwsze uszom umaiły cały jego świat? Lecz czyż wirtuoz formy, chłodny kalkulator, klasyk nie postara się, by owo piękno balsamiczne otrzymało szorstki kontrapunkt?

Styl Chopina to przeciw słodyczy wystawić gorycz, jęk przeciw westchnieniu, wdzięk zmącić okropnym zgrzytem. Styl Chopina to pisać muzykę zdolną raczej odpychać, niż przyciągać, drażniącą, amuzyczną, brzydką. Niekoniecznie jesteśmy zdolni to usłyszeć.

Arbiter Piękna - po pierwsze - budzi dziś nasze bezgraniczne zaufanie: każdą jego nutę przyjmujemy jako piękną a priori. To zaś - po drugie - co by mogło czy wręcz powinno w tych dziełach nas dotknąć, zrazić, urazić, zgorszyć ekstrawagancją, nowością, dziwacznością, już zostało po stokroć zbanalizowane i przez ich nasze wielokrotne słuchanie, i przez całe dalsze z górą sto pięćdziesiąt lat muzyki; aby ujrzeć je takimi, jakimi naprawdę są, trzeba by nam wysilić wyobraźnię i odgadnąć, jak jawiły się im tam wtedy w paryskim salonie, gdy grane były po raz pierwszy przez Chopina.

Ot, taki ozdobnik na początku Poloneza fis-moll... Pianista prześlizguje się dziś po tym gładko, by dograć do końca wstęp i w ruch puścić groźną kanonadę. Ale gdy spojrzeć w nuty, gdy odtworzyć spokojnie i starannie ową zwiniętą w mały kłębek czwórkę dźwięków, gdy ją usłyszeć, gdy jej wysłuchać bez pośpiechu, ona zaczyna objawiać pewien, i to niepokojący, sens. Nie ma nic wspólnego ze zdobnictwem. Imituje jakieś ciężkie westchnienie. Goście w salonie są z westchnieniami Artysty osłuchani. Tymi nokturnowymi, od serca. Ale to westchnienie nie jest westchnieniem nokturnowym. Zdać się im musi ponure, odrażające, wstrętne. Jak stęknięcie.

Brzydkie jest Preludium numer 2, a-moll, brzydkie do tego stopnia, że to o nim właśnie Jan Kleczyński, wytrawny muzyk, autor świetnej źródłowej książki "O wykonywaniu dzieł Chopina", wypowiada sławetne zdanie: "Nie grywać, bo dziwaczne". Tak jest: dziwaczne! Strzęp stękliwej melodii na tle wstrętnego, mamroczącego akompaniamentu. Trupia osowiałość. Bezwstydna antymuzyka. Wyzywające, prowokacyjne okropieństwo.

Brzydkie jest Preludium numer 14, es-moll, jakby wyjęte z innej epoki, przeniesione z festiwalu Warszawska Jesień późne lata pięćdziesiąte, gdy młodzi awangardyści próbowali naśladować głosy urządzeń mechanicznych. Łomot, stukot, głuche dudnienie niezapowiadające nic dobrego. Rewolucyjne, światoburcze, odkrywcze, fenomenalne, prorocze, genialne, ale piękna w nim dosłuchać się nie sposób, bo go tam nie ma i nie miało być.

Pod znakiem zapytania: mazurki opus 59. Te, co wciąż pączkując, nie potrafią się skończyć. Połowiczność wstępnych motywów, ich niedostateczna wyrazistość, odrębność, siła, ich niezdolność do stania się spoiwem całych dzieł. Chwiejność zamysłów. Wahliwość. Efekt wewnętrznej szarpaniny. Erupcja komplikacji, zapętleń, zagęszczeń w formie stanowiącej wszak zawsze przybytek bezgranicznej prostoty. Może i mazurki opus 59 są piękne. Jeśli tak, to raczej trudnym pięknem.

Pod znakiem zapytania: Polonez-Fantazja. Wysnuty ze wstępu motyw przewodni powracający obsesyjnie, natrętnie. Rwący się wątek. Frazy przerywane w pół zdania. Eksplodujące i gasnące kulminacje. Gonitwa myśli. Zmagania chorej fantazji ze zdrowym polonezowym "tam-taratam-tam-tam". Straszliwe kontrasty: tu senność, statyczność, nuda, tam szaleńczy zryw. Tylko jeden prawdziwie miły motyw, ten w polskim stylu, tuż przed kodą, reszta na szaro, bez wdzięku, naznaczona bólem, cierpieniem. Może i Polonez-Fantazja jest piękny. Jeśli tak, to trudnym, bardzo trudnym pięknem.

Pod znakiem zapytania: Sonata b-moll. Schumann, wielki Naszego Bohatera admirator, nie tylko piękna jej odmawia, lecz i kwestionuje przynależność do muzyki. To coś "od dysonansów, poprzez dysonanse, do dysonansów" jawi mu się jako egzotyczne dziwadło.

Ma rację. Nie było czegoś podobnego w muzyce i już nie będzie. Dionizyjskość ekstremalna zestrzelona z apollińskością niewzruszoną, furia niepohamowana w ryzach władczej potęgi, diabelskie wierzgnięcia na postronku boskiego "jest, jak jest". To było ponad możliwości mowy dźwięków znanej twórcom kantat, sonat i symfonii. To się mogło wyrazić tylko w innej, nowej mowie, na tę jedną okazję powołanej w straceńczym amoku do istnienia.

Niech nikogo nie zwodzi marsz żałobny, ponad miarę wyeksploatowany i osłuchany. Niech się nie da nikt zmylić scherzu, że niby takie jak tamte cztery pozostałe. Niech allegro sonatowe nie wyprowadzi naiwnego w pole, że to sonata jak sonata. Jeśli trzy części pierwsze nie zdążyły komu trzeba uświadomić, że tu się misterium prezentuje lewe, podejrzane, nielegalne, to mu oczy otworzy finał, owo pasemko czasu wypełnione samym pustym szczebiotaniem, bez myśli przewodniej, intencji, tonacji: nie przykładać żadnej innej miary, nie przyrównywać do żadnych innych dzieł, przyznać status osobliwości na skalę międzygwiezdną, kosmiczną.

Może Sonata b-moll jest piękna. Jeśli tak, to trudnym, bardzo trudnym, skrajnie trudnym pięknem.

Publikowany przez nas tekst to fragment książki Piotra Wierzbickiego "Migotliwy ton - esej o stylu Chopina", wydawnictwo SIC!, która pojawi się w księgarniach 19 lutego.

*Piotr Wierzbicki - ur. 1935, pisarz, publicysta. Wydał m.in. książki: "Entuzjasta w szkole", "Cyrk", "Myśli staroświeckiego Polaka", "Struktura kłamstwa", "Życie z muzyką", "Podręcznik Europejczyka", "Traktat o gnidach i cd.", "Chopin. Portret muzyczny" i w zeszłym roku "Zapis świata. Traktat metafizyczny".

O muzyce pisze od ponad 50 lat, od 2004 r. w "Gazecie Świątecznej". 17 lutego ukaże się nakładem Świata Książki zbiór jego felietonów muzycznych pod tytułem "Muzykalny kosmos".



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':