Mariusz Zawadzki: Podobno Janukowycz jest tak fatalnym mówcą, że często miewa kłopoty z dokończeniem nieco bardziej złożonych zdań... Andrij Szkil: Z rozpoczynaniem zdań również ma problemy.
Ale skoro tak beznadziejny i mało elokwentny kandydat prowadzi w wyborach, to chyba świadczy coś o jego rywalce? Wygląda na to, że jest jeszcze gorsza.
- To nie tak! W naszym regionie Europy bardzo trudno wygrać wybory partii rządzącej, jest to niemal niemożliwe. W Polsce nie udało się to chyba nigdy, teraz wasz premier
Donald Tusk jest jakimś fenomenem: rządzi od dwóch lat, a wciąż cieszy się dużym poparciem społecznym. Przeciw Julii Tymoszenko sprzysięgło się wszystko: światowy
kryzys gospodarczy, opozycja, która gra nieczysto, prezydent, który maniacko jej nienawidzi. No i mentalność wyborców na wschodzie Ukrainy, którzy najczęściej głosują po prostu na "swojego" według zasady: to nasz chłop, a że siedział w więzieniu za rozboje, to jeszcze lepiej, bo twardy.
Dlatego jesteście skazani na porażkę?
- Jeszcze nie. Każdy wynik jeszcze jest możliwy, wszystko decyduje się teraz: dziś, jutro i w niedzielę. Trzeba pamiętać, że na pierwszą turę nie poszło 34 proc. ludzi. Jeśli uda nam się przekonać ich - wcale nie zwolenników Tymoszenko - że trzeba ratować kraj przed Janukowyczem, wygramy. Jeśli nie - niestety, siła złego na jednego.
A czemu w zasadzie trzeba ratować kraj przed Janukowyczem?
- To człowiek nastawiony antyeuropejsko, a mentalnie podobny najbardziej chyba do białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Stoją za nim potężni oligarchowie z Donbasu. Popierają go ludzie o bandyckiej mentalności. Po jego zwycięstwie
Ukraina nie będzie już taka jak teraz.
Ale Ukraińcom nie podoba się także Ukraina taka jak teraz.
- Mnie też się nie podoba, dlatego trzeba ją zmieniać, jak zapowiada Tymoszenko. A nie rozwalać.
Tylko że ludzie już nie wierzą w zmiany, jakie miałaby przeprowadzić Tymoszenko. Bo notorycznie nie spełniała obietnic.
- A jak je spełniać przy wrogim prezydencie i faktycznie mniejszościowym rządzie? Nigdy nie miała możliwości, by zrobić coś po swojemu od początku do końca.
W ostatnich dniach straszycie fałszerstwami, które rzekomo planuje Janukowycz. Na czym one mają polegać?
- Zmieniona w ostatniej chwili ordynacja pozwala na działanie okręgowych komisji wyborczych, nawet jeśli nie ma kworum. To faktyczny koniec uczciwych wyborów.
A dlaczego miałoby nie być kworum? Jeśli wasi członkowie komisji stawią się w lokalach wyborczych, to kworum będzie...
- Ale np. przewodniczący komisji może zarządzić głosowanie i odwołać naszych członków komisji, zdobywając większość. Na wschodzie kraju większość szefów komisji jest od Janukowycza. Taki przewodniczący może też zamknąć się w jakimś pokoju z przyjaciółmi z komisji i spisać protokół jaki zechce, ignorując naszych członków. I protokół będzie ważny, bo już nie trzeba większości w komisji.
Inna furtka do oszustw to możliwość głosowania w domu. Jeśli wyborca sobie zażyczy, komisja musi wysłać do niego
samochód z kartami do głosowania. Tego nie są w stanie kontrolować obserwatorzy. Co dzieje się w domu - to już wie tylko członek komisji, który tam pojechał. Fikcyjnym głosowaniem w domu można zawyżać frekwencję w rejonach, gdzie Janukowycz ma większość.
Ale powtarzam: jeśli uda nam się obudzić tych, którzy w pierwszej turze zostali w domu, i jeśli pójdą oni na wybory, to wygramy nawet mimo fałszerstw.