W zeszłym roku do
mieszkania mecenasa Gao o północy przyszła
policja. Powiedziała, że zabiera go na chwilę. Od tego czasu nikt z rodziny go nie widział ani się z nim nie kontaktował. W marcu 2009 r. żona dysydenta z dwójką dzieci uciekła z Chin przez Tajlandię. Jego bliscy i obrońcy praw człowieka boją się o Gao. Jesienią bratu dysydenta policja powiedziała, że "Gao Zhisheng wyszedł na spacer i zniknął".
Gdy jeden z korespondentów zachodnich spytał chińskie
MSZ o wyjaśnienie, usłyszał, że adwokat "jest tam, gdzie ma być". Dziennikarze pytali więc dalej. - Prawdę mówiąc, nie wiem. W Chinach żyje 1,3 mld ludzi i trudno, bym wiedział, gdzie kto jest - odwinął się im rzecznik.
Tyle dziś wiadomo na temat jednego z czołowych dysydentów chińskich i kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla. Londyński "The Independent" zadał niedawno nurtujące wszystkich pytanie: czy policja zamordowała Gao?
Historia Gao Zhishenga - od bohatera państwowych mediów do dysydenta - jest niezwykła nawet w Chinach. W 2001 r. ministerstwo sprawiedliwości umieściło go na liście dziesięciu najwybitniejszych prawników w kraju. Niedługo potem stał się działaczem społecznym. Kilka lat przed igrzyskami w Pekinie w 2008 r. zaangażował się w"ruch na rzecz prawa". Prawnicy uczyli np. mieszkańców wsi, jak dochodzić słusznych odszkodowań za wywłaszczenia, a w miastach bronili lokatorów przed eksmisją.
Gao zaczął mieć kłopoty z policją. Przybyło ich, gdy ośmielił się stanąć w obronie Falun Gong, zdelegalizowanego buddyjskiego stowarzyszenia, które partia uznaje za zagrożenie dla systemu. Gdy w2005 r. zamknięto jego kancelarię, oddał legitymację członka partii komunistycznej i napisał list otwarty do przywódców państwa, w którym domagał się zaprzestania prześladowania Falun Gong.
W końcu Gao zgarnęła policja polityczna, która go torturowała (relację o jego 54 dniach w chińskim więzieniu można znaleźć na www.chinaaid.org). Jego prześladowcy zakazali mu o tym mówić. Zagrozili, że jeśli złamie zakaz, zginie.
- Dziś Chiny uważają, że nie muszą się przed kimkolwiek tłumaczyć w kwestiach praw człowieka - mówi amerykański biznesmen John Kamm, który 30 lat temu założył organizację Dui Hua pomagającą chińskim więźniom politycznym.
W przeszłości Chiny w geście dobrej woli zwalniały dysydentów np. przed wizytami ważnych gości. Teraz już tak nie jest, bo "mocarstwo" nie musi tłumaczyć się ze swojej polityki.
W grudniu zeszłego roku premier Gordon Brown zwrócił się osobiście do szefa chińskiego rządu Wen Jiabao ołaskę dla cierpiącego na zaburzenia psychiczne Brytyjczyka Akmala Shaika złapanego z narkotykami i skazanego na śmierć. Pekin stwierdził, że Shaik został osądzony zgodnie z chińskim prawem i wyrok niezwłocznie wykonano.
W listopadzie 2009 r. prezydent
USA Barack Obama upominał się wPekinie oznanego dysydenta Liu Xiaobo. Po jego wyjeździe sąd skazał Liu na 11 lat więzienia, co odebrano jednoznacznie jako policzek wymierzony USA.