Proces, który - z wyjątkiem wyroku i części uzasadnienia - odbywał się za zamkniętymi drzwiami, trwał od marca zeszłego roku. 47-letni Bartoszuk został zatrzymany we wrześniu 2008 roku. Było to możliwe, bo po latach milczenia żona i córka Alicja zawiadomiły policję w Siemiatyczach o dramacie rozgrywającym się w ich domu. Dziewczyna zeznała, że była wykorzystywana seksualnie przez ojca. Urodziła dwoje jego dzieci, które kazał jej zostawić w szpitalu.
Prokuratura domagała się dla Bartoszuka 15 lat więzienia, ale sąd wydał łagodniejszy wyrok. Sędzia Izabela Komarzewska uzasadniała, dlaczego nie można było przyjąć - jak chciała prokuratura - że były to gwałty ze szczególnym okrucieństwem. Okazało się, że Alicja zeznała, że ojciec nigdy nie musiał używać wobec niej siły fizycznej, ponieważ ona i tak panicznie się go bała i była mu całkowicie podporządkowana. Sędzia wyjaśniła, że sąd uwierzył w te wyjaśnienia, bo dziewczyna sama zeznała, że jej pierwsze, drastyczne opisy wynikały z tego, iż chciała zwrócić uwagę na to, co się stało.
- Alicja bardzo szybko musiała przestać być dzieckiem. Doznała upokorzenia, krzywdy, musiała borykać się z problemami, które ją przerastały, całkowicie zniszczono jej sferę psychiczną - mówiła sędzia Komarzewska. - Stopień społecznej szkodliwości czynu jest bardzo duży, wina oskarżonego również. Kara mieści się w górnych granicach dopuszczanych przez prawo właśnie ze względu na krzywdę wyrządzoną Alicji. Kobiecie, która mimo wszystko znalazła w sobie tyle siły, by doprowadzić ojca za kratki.
Wyrok nie jest prawomocny. Nie wiadomo jeszcze, czy prokuratura będzie się odwoływać. Można się za to spodziewać wniosku o pisemne uzasadnienie i potem apelacji ze strony obrony - taką deklarację złożył mecenas Maciej Głębicki.
Krzysztof Bartoszuk pytany przez dziennikarzy, czy żałuje, nic nie odpowiedział. Wyprowadzany z sądu rzucił tylko: - Za dużo. Będzie odwołanie.
Źródło: Gazeta Wyborcza