Bezpłatne
studia mają być łatwiej dostępne - planują autorzy zamówionej przez rząd "Strategii rozwoju szkół wyższych". To nowa jakość w projektach reform polskich uczelni, które na ogół zakładały wprowadzenie czesnego za studia dzienne. Domagali się tego np. rektorzy największych uniwersytetów, którzy swój projekt pokazali w grudniu. Czesne miało być wprawdzie uzupełnione przez system kredytów studenckich, ale o nich autorzy nie mieli nic konkretnego do powiedzenia.
Według "Strategii" w 2020 r. bezpłatnie - nie dzięki kredytom! - ma studiować 70 proc. studentów (dziś 42 proc.). To ważne, bo w interesie Polski leży otwarcie studiów dla młodych ludzi z "gorszych" rodzin i małych miejscowości. Dla nich czesne - a także konieczność ubiegania się o kredyt - to wielkie przeszkody.
Zwiększyć szanse młodych ludzi z Polski B ma także konkurencja uczelni prywatnych i publicznych o prowadzenie darmowych studiów. Dziś studia bez czesnego są na publicznych uczelniach - czyli głównie w wielkich miastach. Autorzy "Strategii" chcą, żeby także prywatne uczelnie, położone częściej w małych miastach, mogły prowadzić studia bezpłatne. Specjalna komisja ma pilnować jakości tej edukacji, a uczelnie mają konkurować programami i kwalifikacjami wykładowców. Brzmi to dobrze, chociaż dużo zależy od szczegółów działania takiego systemu.
"Strategia" zakłada również wymuszenie mobilności naukowców - dziś aż 90 proc. wykładowców zrobiło doktorat na tej samej uczelni, na której pracuje - oraz sprowadzanie zagranicznych profesorów. To świetne pomysły, ale zależą przede wszystkim od pieniędzy. Młodzi polscy uczeni zostają po doktoracie na macierzystej uczelni głównie dlatego, że zarabiają grosze i nie stać ich na mieszkanie w innym mieście. Zagranicznym profesorom trzeba zaś płacić światowe stawki - a do nich polskim uczelniom bardzo, bardzo daleko.
W "Strategii" są jednak punkty słabe. Na przykład to, że to minister nauki ma wyznaczać, ile miejsc i na których kierunkach opłaci. Bo co będzie, jeśli ideologiczny minister zechce np. zamówić najwięcej miejsc na teologii kosztem kłopotliwe "niezależnej" socjologii? Co się stanie, jeśli jakiś minister zechce wykupić tylko kierunki "potrzebne gospodarce" (o ile w ogóle to wie!), a nie da pieniędzy na arabistykę, sinologię czy bibliotekoznawstwo. Po takich kierunkach mniej się zarabia, ale są potrzebne. Jeśli za nie państwo nie zapłaci, będą musieli zapłacić studenci.
Autorzy "Strategii" piszą niejasno, że minister - przyznając pieniądze uczelniom - powinien "uwzględniać regionalne uwarunkowania". Ale czy nie daje to urzędnikom zbyt dużej, arbitralnej władzy? Czy nie dojdzie do sytuacji, w której maturzysta ze Szczecina, chcący studiować budownictwo drogowe, znajdzie darmowe studia tylko w Rzeszowie?
Niektórych pomysłów autorów "Strategii" nie zaakceptuje środowisko akademickie. Z pewnością zostanie uznany za zamach na autonomię uczelni (zagwarantowaną w konstytucji) pomysł, by rektorów publicznych uczelni wybierała rada powiernicza na wzór rady nadzorczej w firmie - a nie, zgodnie z tradycją, demokratycznie wybrany senat.
Nie będzie też zapewne zgody na powoływanie profesorów bez habilitacji. Środowisko akademickie nie po to wywalczyło z min. Kudrycką utrzymanie habilitacji, by zgodzić się na pozbawienie jej praktycznego znaczenia.
Zanim "Strategia" stanie się planem reformy polskich uczelni, trzeba te kwestie rozwiązać. Na razie to obiecujący początek.