Aleksiej Wajcen, 87-letni weteran Armii Czerwonej, do obozu zagłady w Sobiborze trafił wraz z rodziną w 1942 r. Rok późnej brał udział w obozowym powstaniu. 14 października 1943 r. grupa więźniów zabiła kilkunastu esesmanów i ukraińskich strażników, dzięki czemu kilkuset więźniów uciekło. Przeżyło kilkudziesięciu, w tym Wajcen.
- Demianiuk pracował jako nadzorca. Pamiętam, jak prowadził grupę więźniów do pracy przy wyrębie lasu - mówi czeskim dziennikarzom. Rozpoznał go też na fotografiach z lat 40.
W sprawie Demianiuka to przełom. 89-letni Ukrainiec od września jest sądzony w Monachium za współudział w morderstwie 29 tys. Żydów w Sobiborze. Do tej pory zajmujący się jego przeszłością śledczy z Izraela, Niemiec i
USA nie znaleźli ludzi, którzy mogli potwierdzić, że faktycznie służył on w obozie zagłady. Świadczyły o tym tylko dokumenty, m.in. jego legitymacja SS.
Niemieccy prokuratorzy udowadniają, że skoro Demianiuk służył w Sobiborze, to dopuszczał się zbrodni. Byli więźniowie obozu oraz eksperci zgodnie zeznawali przed monachijskim sądem, że ukraińscy strażnicy maltretowali więźniów i pędzili ich do komór gazowych. Obrońca Demianiuka Ulrich Busch temu zaprzecza. Sam oskarżony nie odezwał się podczas procesu ani słowem - na rozprawie siedzi na wózku i sprawia wrażenie, że nie rozumie, co się wokół niego dzieje.
Proces się przeciąga, wczoraj kolejny raz został przerwany z powodu choroby Demianiuka. Podczas rozpraw regularnie dochodzi do ostrych sporów między sędzią a obrońcą, który nieustannie żąda umorzenia postępowania. Kilka tygodni wywołał skandal, pytając świadków, czy ich zdaniem żydowska
policja w gettach była bardziej brutalna od SS.
Nie wiadomo, czy Wajcen będzie zeznawał w procesie. - Jest bardzo schorowany, przeszedł cztery zawały. Zaprzeczył, gdy pytaliśmy go, czy pojedzie do Monachium. Być może niemieccy prokuratorzy przesłuchają go w Riazaniu - mówi Lenka Kabrhelova z Czeskiego Radia.
Wajcen śledzi proces w Monachium. Wcześniej zeznawał przeciwko załodze Sobiboru w procesach, które odbyły się w ZSRR.