Rosja w ostatnich latach dowiodła, że po mistrzowsku potrafi skłócić się z sąsiadami. Nawet z "bratnimi narodami". I to, jak mówią Rosjanie, "na pustym miejscu", czyli bez powodu.
Media rosyjskie bardzo lubią tak po prostu, dla rozrywki zrobić sobie jaja z "nezałyżnej", jak lektorzy nazywają Ukrainę. W tym słowie oznaczającym "niepodległa" jest taka prymitywna ironia, bo jaka tam "nezałyżna", skoro przecież wiemy, że Małorosja to część Rosji Wielkiej. Nasi "młodsi bracia" z Kijowa sobie trochę jeszcze poszaleją, ale w końcu zmądrzeją i wrócą do nas.
W niedzielę widzowie kanału Rossija z programu publicystycznego podsumowującego wydarzenia minionego tygodnia usłyszeli nie o kampanii wyborczej u sąsiadów, ale bajeczkę o ukraińskim "sale" (słoninie), która jest ulubionym rekwizytem żartów z Ukraińców. Mówi się tu na przykład, że "snikers ukraiński" to słonina w czekoladzie.
Tym razem było o tym, że na pogrążonej w demokratycznym chaosie Ukrainie słoniny zabrakło i 40 proc. tego przysmaku kraj sprowadza z zagranicy. Ale uczeni ukraińscy, nie bacząc na ten deficyt i chcąc światu pokazać, że ich państwo nie od macochy, myślą, jak tu zastąpić ropę rosyjską paliwem ze słoniny. Opracowali już technologię "sałopaliwa" i ktoś już na nim jeździ. Słowem śmieszni ci nasi sąsiedzi z "nezałyżnej".
No, ale to jeszcze taki sobie żarcik. Bywa i gorzej. Kilka lat temu autorzy talk-show "Okna" zaprosili do siebie wesołą paniusię o przyjemnej aparycji, która przyznała, że jest Ukrainką od dawna mieszkającą w Moskwie, ale nie mogła pozbyć się akcentu. A to sprawiało, że ludzie się z niej nabijali. Ktoś życzliwy podpowiedział jej jednak, że Ukrainki zaczynają mówić czysto po rosyjsku, jeśli często i regularnie uprawiają seks oralny. Ona z rady skorzystała, poprawiła dykcję, a jej stosunki z otoczeniem wyraźnie się poprawiły.
Publika w studiu tarzała się ze śmiechu, bo kobitka, choć z siebie zadowolona, mówiła wciąż z mocnym akcentem zdradzającym, że jej językiem ojczystym jest nie wielki i potężny ", jak Rosjanie nazywają rosyjski, lecz "mowa", jak z ironią nazywa się tu język "braci młodszych" znad Dniepru.
Przykład niestety idzie z góry, od przywódców państwa, którzy sami bardzo boleśnie reagują na nieprzyjemne uwagi pod swoim adresem, nie krępują się odezwać niezbyt kulturalnie o kolegach z Ukrainy. Premier
Władimir Putin nie wstydzi się np. publicznie nazwać prezydenta Wiktora Juszczenkę "mazurikiem", czyli kieszonkowcem.
Wygląda to dosyć głupio i na pewno bardzo szkodzi obrazowi Rosji w oczach sąsiadów. A przecież zwykli Rosjanie do Ukraińców odnoszą się z sympatią i szacunkiem. Wystarczy choćby wspomnieć kultowe i do dziś chętnie tu oglądane filmy radzieckie, gdzie bohaterowie Ukraińcy to najczęściej dobroduszni chorążowie w armii, prawdziwi "ojcowie żołnierzy" albo solidni obdarzeni złotym sercem brygadziści w fabrykach czy na budowach. To bardzo pochlebny obraz sąsiada. Po co go psuć?