http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Marsz po brzytwie

Włodzimierz Kalicki
2010-02-05, ostatnia aktualizacja 2010-02-03 13:09

Szli w trzewikach i marynarkach, łamali kości, czasem ginęli. Dziś?dzwonią z komórki: panowie ratownicy, przyjdźcie po mnie, bo jestem zmęczona!Rozmowa z Michałem Jagiełło, pisarzem, taternikiem, byłym szefem Tatrzańskiego Pogotowia Ratunkowego

Michał Jagiełło - taternik, alpinista, ratownik GOPR (1964-74), naczelnik Grupy Tatrzańskiej GOPR (1972-74). Od grudnia 1980 do stanu wojennego zastępca kierownika Wydziału Kultury KC PZPR. W latach 80. w opozycji demokratycznej. Od jesieni 1989 do 1997 r. wiceminister kultury. Dyrektor Biblioteki Narodowej 1998-2007. 
Pisarz; w ub. roku ukazało się siódme wydanie
Fot. Wojciech Surdziel
Michał Jagiełło - taternik, alpinista, ratownik GOPR (1964-74), naczelnik Grupy...
Poczuł pan na ścianie bliskość śmierci?

- Prawie każdy serio wspinający się taternik, alpinista, himalaista o nią się otarł.

Kiedyś w Alpach Julijskich miałem robić z Tadeuszem Piotrowskim - później zginął w górach - nową drogę na dość trudnej, 450-metrowej ścianie dolomitowej. Umówiliśmy się, że póki się da, ja będę wspinał się klasycznie, bez łapania się haków, a tam, gdzie się nie da, Tadeusz będzie szedł hakowo. Doprowadziłem nas do wygodnej półeczki, z której biegła piękna rysa, tyle że przewieszona, nie pionowa. Tadeusz zatarł ręce - dalej iść klasycznie się nie da, będzie robił hakówkę. Ale ja uparłem się, że zrobię tę szczelinę. Jego coś tknęło, może przeczucie, może doświadczenie. Powiedział, że jak jestem taki uparty, to dla asekuracji dobije jeszcze jednego haka.

Spróbowałem wejść, jednak po dwóch metrach, na granicy odpadnięcia, cofnąłem się. Tadeusz chciał wbijać haki, ale obiecałem mu, że po przejściu paru metrów rysą sam wklepię dla asekuracji hak w szczelinkę, którą widziałem wyżej. Jednak nie dałem rady. Zszedłem. Byłem bardzo zmęczony, ale wstąpił we mnie demon. Mimo próśb Tadeusza ruszyłem jeszcze raz. Wspiąłem się siedem metrów bez asekuracji. Zobaczyłem nad sobą piękny róg skalny i pomyślałem, że muszę go dorwać, choćby jedną ręką. Byłem pewien, że dalej musi być w ścianie kolejna półeczka. Odbiłem się z malutkiego skalnego stopnia, skoczyłem, chwyciłem róg. I usłyszałem trzask. Z ułamanym rogiem w ręku leciałem w dół.

Strach?

- Raczej pustka. Leciałem i rejestrowałem ciekawe szczegóły. Najpierw uderzyłem w półeczkę, na której stał Tadeusz, odbiło mnie i dalej 16-17 metrów. Lina była z Bielska, bez atestów. Czułem, jak się naciąga. Nie myślałem o tym, po prostu wiedziałem, że zaraz pęknie i już po mnie. Patrzyłem w tym momencie w dół. Moje oczy pracowały jak transfokator, u stóp tej 450-metrowej ściany dostrzegłem w śniegu ślady naszych butów tak wyraźnie, jakbym stał nad nimi w tym śniegu.

I...

- Lina wytrzymała. I wytrzymał ten dodatkowo wbity przez Tadeusza hak. Ściana była przewieszona, więc wokół mnie było powietrze, nie huknąłem o skałę. Wisiałem. Żyłem.

Ulga?

- Szczęście. Euforia. Fantastyczne uczucie, nie do opisania. Jestem. A wokół mnie ten przepiękny świat.

Wspinanie się jest szukaniem takiej chwili?

- Na pewno nie jest szukaniem pięknych widoków. To wymysł, by ludziom nierozumiejącym gór prosto wyjaśnić magię wspinania się. Widoki zazwyczaj są dużo lepsze z turystycznych ścieżek.

Dla mnie wspinanie to rodzaj twórczości - jak pisanie, malowanie, komponowanie - która jest przecież odrzuceniem tego, co utarte, uznane, bezpieczne. Wybitni alpiniści są ludźmi twórczymi, obdarzonymi intuicją. Rozumieją strukturę ściany skalnej, wyczuwają wiele metrów nad sobą rysy i półeczki, których z dołu dostrzec nie sposób. Wyobrażają sobie i analizują każdy swój ruch, jego konsekwencje. Tam, w ścianie, tworzą dzieło. Wśród alpinistów jest nadreprezentacja matematyków i fizyków. Oni mają szczególne wyczucie symetrii i rytmu. Wspinanie się wymaga trzymania rytmu, to nie przypadek, że świetnie wspinają się też muzycy i dyrygenci.

Kosztem wielkiego ryzyka.

- Ależ bez ryzyka twórczość nie byłaby tak ekscytująca. Biologiczne ryzyko w górach to nie ryzyko artystyczne, ale działa ten sam mechanizm - sukces jest tym większy, im większy był strach, że się nie uda. Najpierw trzeba zakosztować zmęczenia, bólu, przerażenia, głodu, braku snu, rozpaczliwej walki z samym sobą, by się nie poddać, nie zasnąć w śniegu, nie skończyć męczarni zsunięciem się w przepaść. Dopiero wtedy sukces upaja, przywraca smak życiu, sens rzeczom najprostszym. Nie da się opisać, jak smakuje wtedy chleb, jajecznica, piwo, jak piękne jest słońce, które grzeje cię na ławce.

Pełnia życia jest górach? Nie za biurkiem w pracy, nie pośród domowych rytuałów i kłopotów? W górach spełniają się ci, którym nie idzie w życiu?

- Mnóstwo wspinaczy to spełnieni naukowcy, artyści, literaci. Chęć uwznioślenia swej egzystencji, nadania jej nowego sensu jest dla nich raczej dopełnieniem realnego życia. Ale też prawda, że niejednego alpinistę pcha w góry mechanizm ucieczkowy. Sam tego doświadczyłem. W 1968 roku byłem członkiem PZPR, a chciałem być uczciwym człowiekiem. Czułem, że na zebraniu partyjnym powinienem powiedzieć, że wkroczenie do Czechosłowacji to hańba dla Polski. Nim się na to zdobyłem, poszedłem kilka razy w Tatry. Trudne ściany były łatwiejsze niż ta decyzja. Potem wyrzucałem sobie, że zaprotestowałem na zamkniętym zebraniu, nie publicznie, ale 12 lat później, w stanie wojennym, dokonałem wyboru publicznie i powiedziałem partii - dosyć!

W góry można uciekać przed odpowiedzialnością, ale w górach można też do niej dojrzewać.

Niejedna tatrzańska tragedia zaczęła się od tego, że nieprzygotowany fizycznie taternik, ignorując nadchodzące załamanie pogody, wbrew rozsądkowi ciągnie swego towarzysza na trudną ścianę.

- Wyszedł właśnie pierwszy tom "Dzienników" Jana Józefa Szczepańskiego. Nigdy się z nim w górach nie zetknąłem, ale bardzo sobie cenię jego esej "Uwagi o śmierci górskiej". W dzienniku zobaczyłem innego Szczepańskiego, nie posągowego, conradowskiego, na jakiego się kreował, lecz takiego, który potrafił zatracić odpowiedzialność i rozsądek. Byłem wstrząśnięty opisem jego wyprawy w Tatry Słowackie z przyszłą żoną. Ona nie miała pojęcia o górach, nie mówiąc o wspinaczce, w każdej chwili mogła załamać się pogoda, mógł z tą biedną dziewczyną nie zejść, bo zaawanturował się z nią hen, na Łomnicę. A on oszukiwał siebie, że wszystko było pod kontrolą. Klasyczny przykład uzależnienia od gór graniczącego z intelektualnym i emocjonalnym upośledzeniem, skądinąd u człowieka, który chce być logiczny, poukładany, odpowiedzialny.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 30 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    183 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':