Przemyk, maturzysta, syn opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej, pobity został w 1983 r. w komisariacie MO na warszawskiej starówce. Zmarł po dwóch dniach. W PRL po sterowanym przez
SB procesie skazani zostali nie milicjanci, lecz sanitariusze, którzy zabrali pobitego na pogotowie. Po 1990 r. o pobicie ze skutkiem śmiertelnym oskarżono Ireneusza K. (choć biło trzech). Cztery razy był uniewinniany, raz - nieprawomocnie skazany na cztery lata - ale wyroki uchylano. W grudniu Sąd Apelacyjny w Warszawie po 26 latach procedowania zakończył sprawę umorzeniem. Uznał, że zarzut przedawnił się już 1 stycznia 2005 r.
- Kwestie dotyczące przedawnienia są wyjątkowo skomplikowane, jestem przekonany, że rozstrzygnięcie powinno zapaść przed Sądem Najwyższym - od razu zapowiedział minister Kwiatkowski. A wczoraj jako prokurator generalny złożył kasację.
Sąd Najwyższy już trzeci raz będzie się zajmował tą sprawą. Prawnicy z Zespołu Kasacji w Prokuraturze Krajowej uważają - tak jak sąd, który w I instancji w 2008 r. skazał zomowca - że jego czyn nie ulega przedawnieniu. Nie można już w tej sprawie zastosować przepisów ustawy o
IPN (wtedy data przedawnienia to 2020 r.), bo sąd nie uznał tej sprawy za zbrodnię komunistyczną. A ani pełnomocnicy ojca Przemyka, oskarżyciela posiłkowego, ani prokuratura o to nie apelowali. Dlaczego prokurator tego nie zrobił? Minister Kwiatkowski polecił wczoraj to wyjaśnić.