http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie ma książek, nie ma nas

Tomasz Piątek*
2010-02-03, ostatnia aktualizacja 2010-02-02 16:50
10 grudnia 2008 r. Topola, Świętokrzyskie. Biblioteka szkolna
10 grudnia 2008 r. Topola, Świętokrzyskie. Biblioteka szkolna
Fot. Jarosław Kubalski / AG

Społeczeństwo bez książki nie zbuduje autostrad, nie stworzy systemu emerytalnego. Zabraknie mu dyscypliny mentalnej. Ani politycy, ani wyborcy nie dopilnują złożonych spraw

Tomasz Piątek, pisarz, autor
fot. Grazyna Jaworska / AG
Tomasz Piątek, pisarz, autor "Heroiny" i "Pałacu Ostrogskich", nominowanego w...
ZOBACZ TAKŻE
Słyszymy w mediach - głównie niszowych - o drastycznym spadku czytelnictwa w Polsce, o likwidacji bibliotek. Czy wiemy, co to znaczy?

W 2008 r. 62 proc. Polaków nie miało książki w ręku. Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich podaje, że spośród tych, co czytają, 40 proc. nie kupuje książek, tylko wypożycza. A biblioteki są likwidowane. W 1990 r. było 10 269 bibliotek publicznych, teraz - 8489. Przyczyniło się do tego łączenie bibliotek publicznych ze szkolnymi (w praktyce - likwidacja tych pierwszych). Dlatego w 2001 r. zakazano łączenia bibliotek publicznych z innymi instytucjami. Teraz jednak Ministerstwo Kultury zapowiada zniesienie zakazu.

Po protestach bibliotekarzy i twórców minister Zdrojewski obiecał "zabezpieczenia" (gmina będzie mogła włączyć bibliotekę np. do ośrodka kultury dopiero po uzyskaniu pozytywnej opinii ministra i Krajowej Rady Bibliotecznej). Te obietnice zostały jednak uznane za absolutnie niewystarczające przez Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich i prof. Jacka Wojciechowskiego z Katedry Bibliotekarstwa UJ. W informacji wysłanej do mediów (20.10. 2010) SBP, profesor Wojciechowski i Obywatelskie Forum Dostępu do Książki piszą, że samorządy są konstytucyjnie niezależne od ministerstwa. Wszelkie ingerencje ministra, a także sama ustawa zezwalająca na takie ingerencje, będą pretekstem do długich sporów prawnych, nawet przed NSA i Trybunałem Konstytucyjnym. A tymczasem książki będą gnić w składziku "bibliotecznym", otwartym tylko przez dwie godziny w tygodniu. Samorząd, nie czekając na wynik procesu, połączy bibliotekę z ośrodkiem kultury. Zaś ośrodek kultury - jak to się działo przed wprowadzeniem zakazu łączenia - zabierze pomieszczenia i pieniądze, zostawiając bibliotece np. 1/20 etatu. Prof. Wojciechowski pisze: "Minister może wystąpić do wojewody o uchylenie bezprawnej uchwały (np. o połączeniu bibliotek). Wojewodowie jednak ignorują ministrów kultury. Samorządy mogą się odwoływać. To trwa latami. Doświadczenie: gdy organem odwoławczym był wojewoda, to na kilkadziesiąt wniosków wojewoda uchylił dwie ustawy, ale samorząd w tych przypadkach i tak zrobił swoje". Te zastrzeżenia jeszcze bardziej dotyczą Krajowej Rady Bibliotecznej, która jest tylko tzw. ciałem doradczym przy ministrze, od niego zależnym.

Minister zapowiada też 300 mln na infrastrukturę bibliotek, czyli program Biblioteka+. Ale w nim dofinansowanie konkretnej biblioteki zależy od zgody i synchronizacji budżetów władz centralnych, wojewódzkich i gminnych. Kto zna biurokrację, wie, jaki to kłopot. Najsłabszym ogniwem są tu władze wojewódzkie, słabo zainteresowane budowaniem biblioteki w jakiejś gminie (główna chwała spada wtedy na burmistrza czy sołtysa, a nie na wojewodę). A z informacji, które docierają do Obywatelskiego Forum Dostępu do Książki, wynika, że rząd raczej tych 300 mln nie da.

Nie ma czytania, nie ma myślenia

Jedynym krajem, który zniósł zakaz łączenia bibliotek na dłużej, jest Rosja - i zlikwidowano tam 12 tys. bibliotek! Zapytałem ministra Zdrojewskiego, czemu w takim razie po prostu nie utrzymać zakazu. Odpowiedział, że kulturze zakazy nie służą...

No cóż, zakazujemy wielu rzeczy. Zakazujemy treści pedofilskich bez strachu o wolność kultury. Ale w imię wolności kultury minister broni prawa burmistrza do zniszczenia biblioteki!

Oczywiście wyborca mało się tym przejmuje. Z czym się kojarzy biblioteka? Kurz i starzyzna. No, także wiedza, kultura... Ale czy nie lepszy internet? Mamy tyle nowszych sposobów komunikacji niż literatura!

Czasem tylko ktoś przypomina: kultura rodzi kasę... Wydarzenia i miejsca artystyczne, także kawiarnie pisarzy, przyciągają turystów, tworzą mody, podnoszą ceny gruntów, ożywiają gospodarkę! Ja jednak chcę uniknąć tego myślenia, w którym główny argument to kasa. Z całym szacunkiem dla kasy, rynku i liberalnej demokracji, są rzeczy bardziej podstawowe. Bez których demokracja, rynek i nawet pieniądz nie mogą funkcjonować.

Marksista Aleksandr Łuria, jezuita Walter Ong i amerykański socjolog kultury Derrick de Kerckhove są zgodni: nie ma myślenia analitycznego i logicznego bez czytania - i to czytania pisma alfabetycznego, nie hieroglifów czy emotikonów. Łuria tak pytał Kazachów: "Na północy, gdzie jest śnieg, niedźwiedzie są białe. Nowa Ziemia jest na północy i jest tam śnieg. Jakiego koloru są tam niedźwiedzie?". Piśmienni, niezależnie od swej (nie)znajomości geografii i biologii, odpowiadali: "Białe". Umieli to wywnioskować. Nawet dyrektor kołchozu z awansu, ledwo nauczony czytać, nieśmiało powiedział: "Jeśli trzymać się waszych słów, towarzyszu, tamtejsze niedźwiedzie są białe". Analfabeci mówili: "Nie wiem", "Nie byłem tam", albo "Każde miejsce ma swoje zwierzęta".

"Jeśli trzymać się waszych słów"... Walter Ong udowodnił, że miasta, zorganizowany handel, wojsko, urzędy, pierwsze cywilizacje powstały bezpośrednio dzięki wynalezieniu pisma. Pismo pozwala dokładniej liczyć zbiory i archiwizować umowy. Ale przede wszystkim człowiek nauczony pisma zaczyna rozumieć, że płynące w jego głowie słowa, skojarzenia i pojęcia nie są czymś ulotnym jak głos. Nie znikają jedno po drugim, ale narastają obok siebie. Można więc obserwować rozwój myśli, logikę. Można też trzymać kogoś - albo samego siebie - za słowo. Człowiek przestaje być liściem na wietrze. Zaczyna widzieć siebie i świat jako strukturę. Analizuje zjawiska, ćwiczy mentalną dyscyplinę, wierność własnemu słowu. Nie tak jak człowiek kultury mówionej: bardowie plemienni, np. afrykańscy grioci, za każdym razem "dostosowują" swą pamięć do aktualnych wydarzeń.

Kerckhove wnioskuje, że używanie pisma alfabetycznego wiąże się z rozwojem lewej półkuli mózgu, odpowiedzialnej za myślenie analityczne. W "Powłoce kultury" Kerckhove stwierdza, że samo powstanie pieniądza wiązało się bezpośrednio z wynalezieniem pisma.

Bełkot, emerytury, autostrady

Nasze dzieci cały dniami grają na komputerze lub bawią się wideotelefonem. Dorośli - siedzą przed telewizorem i audiowizualnym internetem. Politycy komunikują z nami przez TV.

Dzieci mają problemy z pamięcią i koncentracją dłuższą niż 30 sekund. Szkoła kapituluje. 20 lat temu uczeń pierwszej klasy liceum nie mógł mylić pierwszej wojny światowej z drugą. Jego dzisiejszy rówieśnik myli drugą wojnę ze stanem wojennym i nie budzi to sensacji.

Dorośli rzadko kiedy myślą dalej niż ich doraźny interes: uczestnictwo w akcjach społecznych jest u nas znikome. 20- i 30-latki nie myślą nawet o swojej przyszłości. Rząd może więc np. żonglować naszymi pieniędzmi między funduszami emerytalnymi a ZUS-em. Może też zapowiadać podniesienie wieku emerytalnego do 70. roku życia. Abstrahuję od słuszności tych pomysłów - ale zdumiewające jest to, że płatnicy reagują na nie biernie!

Politycy są jak afrykańscy bardowie. Wystarczy jedno wydarzenie, jeden sondaż - i już śpiewają o przeszłości inną pieśń. Zapominają, co mówili i robili. Zmieniają historię - ale tylko wstecz. Nic więc dziwnego, że kolejne rządy przez 20 lat nieustannie zaczynają budować autostrady, których ciągle nie ma.

Jest tak, bo żyjemy w tym, co Ong nazwał "nową oralnością". Dzięki mediom audiowizualnym wróciło słowo ulotne, nieweryfikowalne i nieanalizowalne. Nie można się go trzymać. Umysł znów jest liściem na wietrze.

Społeczeństwo bez książki nie zbuduje autostrad, nie stworzy systemu emerytalnego. Zabraknie mu dyscypliny mentalnej. Ani politycy, ani wyborcy nie dopilnują złożonych spraw.

Optymiści mówią, że ludzie czytają dzisiaj dużo tekstów w internecie, w telefonie... Ale tekst elektroniczny zwykle nie ma tej stabilności, która buduje umysł. Elektroniczny tekst jest płynny. Pojawia się i znika, zasłaniany przez banery i pop-upy, moderowany lub interaktywnie modyfikowany. Jest pisany bardzo pobieżnie, nieredagowany (porównajmy blogi publicystów z artykułami prasowymi). Często jest to niegramatyczny i nieortograficzny zapis urwanych półmyśli. Kerckhove podaje, że emisja światła z ekranu osłabia myślenie analityczne. Najważniejsze jednak jest to, że internet, dając czytelnikowi miliardy tekstów w zasięgu ręki, utrudnia skoncentrowanie się na tym jednym jedynym, właśnie czytanym... Miliardy kuszą. Wystarczy kliknąć. Internetowy czytelnik jest rozkojarzony i uprawia zapping.

Z tym globalnym problemem inni walczą realnie. W 1998 r. obywatele Seattle w referendum przeznaczyli na samą renowację bibliotek 196 mln dol. 22 biblioteki miejskie dostały pieniądze na zakup 1,5 mln książek. Dla porównania - fundusz na zakup książek do wszystkich 8489 polskich bibliotek wynosił 28,5 mln złotych rocznie (mniej niż 1 mln książek!). A w zeszłym roku minister Zdrojewski obciął go do 10 mln... W Holandii dziesięcioletni program ratowania czytelnictwa został wyłączony spod władzy rządów. Pieniądze dano raz i żaden minister nie miał prawa ich obcinać.

I o to chodzi. Trzeba ratować biblioteki publiczne bez skąpstwa - bo one, szczególnie na prowincji, są ostatnimi placówkami aktywnie promującymi czytelnictwo. Trzeba ratować książkę.

*Tomasz Piątek, pisarz, autor "Heroiny" i "Pałacu Ostrogskich", nominowanego w 2009 r. do nagrody "Nike", współorganizator Obywatelskiego Forum Dostępu do Książek

  • 21 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    41 głosów