Jadę do Jekaterynburga, na Ural, bo to moje rodzinne strony (dorabiam sobie tę syberyjską legendę, ale coś w tym jest). W czasach gorączki złota, która zaczęła się tu wcześniej niż w Ameryce, Jekaterynburg był stolicą "uralskiej Kalifornii". Dachy kupieckich pałaców malowano na zielono sproszkowanym malachitem - taki styl. W pałacu Rastorgujewów-Charitonowów (dziś dom kultury) przyjęcie weselne - opowiadają - trwało cały rok.
Ponadmilionowy Jekaterynburg, za radzieckich czasów Swierdłowsk - trzecie miasto Rosji, niedaleko Permu. Choć niedaleko może tu wynosić 500 km. A pod Permem, w miasteczku Talica, miał swój pałac Alfons Koziełł-Poklewski, Polak w służbie carskiej, który stworzył w Syberii Zachodniej parową flotę rzeczną i budował linie kolejowe. Pod koniec XIX wieku nazywali go "małym polskim królem" albo "wódczanym królem Uralu", bo miał monopol na gorzelnie. Hojnie wspomagał zesłańców i Polaków z kraju.
Siostra mojego dziadka Cecylia Szumska na początku wieku była więc guwernantką u Koziełł--Poklewskich w talickim pałacu. Tam przed pierwszą wojną urodziła się Jadzia, moja matka chrzestna. Ich przeżycie rewolucji, ucieczka do niepodległej Polski wagonami towarowymi były dla mnie pierwszą usłyszaną w domu lekcją historii.
"Kopalnie złota mieli Koziełł-Poklewscy, kopalnie szmaragdów, fabryki, huty" - słyszałem od dziecka. Myślałem, że to bajka. Ale wszystko okazuje się faktem - sprawdziłem w internecie.
Jadę do Jekaterynburga na festiwal "W kręgu rodziny".
Z Jekaterynburga ostrzej widać Rosję. Tam w 1918 rozstrzelano carską rodzinę. W domu kupca Ipatiewa, gdzie była więziona. Zgodę na egzekucję wydał Swierdłow (Lenin cenił jego "niespotykaną u człowieka pamięć"). W dawnym domu Ipatiewa ulokowano dom dziecka. Po latach, zapewne nie od razu, wybuchł kult. Zaczęły pojawiać się świeczki, obrazki, które natychmiast sprzątano. Pod koniec lat 70. swierdłowski sekretarz Borys Jelcyn dostał z Moskwy polecenie: zburzyć dom. Na jego miejscu już w latach 90. stanęła wysoka, strzelista cerkiew Na Krwi. A w lesie za Jekaterynburgiem, dokąd wywieziono ciała zabitych, poćwiartowano i oblano kwasem, stanęło siedem drewnianych cerkwi. Tyle, ilu zamordowanych członków carskiej rodziny.
Po rewolucji miasto przemianowano na Swierdłowsk, w czasie drugiej wojny miasto-bohater produkowało czołgi i samoloty. W 1979 miała tu miejsce katastrofa - śmiercionośny wyciek z fabryki broni biologicznej. Utajniony.
To się stało po cichu, nagle, z dnia na dzień - opowiada zaprzyjaźniony Rosjanin pesymista - Spuszczono jedną flagę, wciągnięto drugą i wszystko. Naraz okazało się, że Armenia już nie nasza, Kazachstan nie nasz. Sprawiedliwość dziejowa? Mów, co chcesz, ale nam wewnętrznie bardzo trudno było się z tym pogodzić. Obraz ZSRR, kraju wielu narodów budujących komunizm, każdy nosił w sobie. To było zaszczepione od dziecka, niezależnie od późniejszych poglądów na to, czy na tamto. To po prostu trwało, miało trwać wiecznie - jak sacrum, jak credo w waszym Kościele. I nagle się skończyło, urwało. Nie weszło nic o podobnej sile. Demokracja? Ona nie ma tej siły, a w ogóle Rosjanin nie bardzo rozumie, co ona znaczy. Zapytaj młodego człowieka. Powie ci: wszystkie ustroje są złe. A to znaczy, że na zły można się godzić. Powstało coś w rodzaju ssącej próżni. Żyjemy w międzyczasie, w chaosie. Co się z niego wyłoni? Może nic? Może tak już zostanie?
Powstało tu mocne świadectwo czasów chaosu - holenderski dokument "Borys Ryży", który zrealizowała Rosjanka Aliona van der Horst (wyszedł u nas właśnie na DVD, w zbiorze "Oblicza Rosji").
Poeta Borys Ryży mieszkał w jekaterynburskich blokach-chruszczowkach. "Urodziłem się / - nie mogę w to uwierzyć - / w labiryntach przemysłowych obszarów / w granatowym kraju, co od tysiąclecia / podzielony jest między gliny i złodziei / więcej nieba, ciepła, człowieczeństwa / więcej czarnego smutku, poeto".
Rok 2001. Za swój pierwszy tomik poetycki otrzymał nagrodę w Moskwie i zaraz potem popełnił samobójstwo. Miał 26 lat. Zostawił żonę i syna. Występują w filmie Aliony van der Horst. Syna trudno oderwać od gier komputerowych, nie chce mówić o ojcu, nie może mu wybaczyć idiotycznej śmierci. Jednak w końcu to właśnie on, szóstoklasista, scharakteryzuje go najgłębiej: "Dla ojca cudzy ból stawał się nie do zniesienia. Oprócz własnego odczuwał też cudzy. To za wiele. Więcej, niż da się wytrzymać".
Winił siebie za to, że żyje. Miał chorobliwe poczucie odpowiedzialności za rówieśników - stracone pokolenie pierestrojki. W wierszu, którego języka ani melodii nie odda dosłowne tłumaczenie, Borys - syn geofizyka, po którego zajeżdżał co rano służbowy samochód - tak mówi o kolegach z podwórka: "Dwunasto-, trzynastolatki / mieliśmy trzymać się razem / losu się nie lękać / a los oszczędził niewielu / naszych drzwi nie ominął / zabitego sąsiada / po schodach dzisiaj nieśli / wpatrywałem się w twarze / w nich odciśnięty był strach / a że nie ja morderca / to tylko czysty traf".
Koniec szkoły zbiegł się z końcem ZSRR. "Tylko my dwoje poszliśmy na
studia - opowiada w filmie żona Borysa - reszta naszej klasy skończyła jako ochroniarze gangsterów. To był sposób na lepsze życie. Pokolenie ochroniarzy... Ludzie uzyskali wolność, ale nie wiedzieli, co z nią zrobić. Trzeba było tworzyć kapitalizm. Ci ze smykałką do biznesu rozkręcali handel, reszta im zazdrościła, zaczęli kraść. To było jak w Ameryce w latach 20. Silniejsi pożerali słabszych. Zabijali, gdzie się dało".
Napisałem do reżyserki Aliony van der Horst. Odpowiedziała mi, że poezja Borysa to najszczerszy głos jej pokolenia. "On nie tylko opisuje, co go otacza - on w dziwny sposób kocha tych ludzi, złamanych przez los i alkohol. W Holandii jego wiersze stały się wręcz popularne, śpiewa je postpunkowa kapela. Nie byłam wtedy w Rosji, ale wiem, że dla wielu Rosjan, zwłaszcza z prowincjonalnych miast, był to okres rujnujący. Kiedy robiłam film w Jekaterynburgu, zaszokowały mnie na cmentarzu groby 20-latków, kolegów Borysa. Zginęli w strzelaninach, gangsterskich porachunkach. Ja wiem, wy w Polsce macie inny stosunek do pierestrojki, ona pomogła wam się wyzwolić. Ale tam, w głębi Rosji, zobaczyłam straszliwe konsekwencje tamtego czasu: wielu bandytów, którzy doszli do głosu w latach 90., jest dziś u władzy. Bawią się w demokrację, choć i tak wszyscy wiedzą, kim byli. Rosjanie nie mają złudzeń, w jakim kraju żyją. Ale demokracja to długi i powolny proces. Żeby zapanowała w Holandii, ile wieków pracy było trzeba? Ile szczęścia?".
W Jekaterynburgu nikt nie słyszał o Borysie Ryżym.
Pachnie mrozem i śniegiem. Wieczorem cyrk i ceremonia otwarcia. Czerwona arena, nad nią wizerunek patronów festiwalu filmowego "W kręgu rodziny": prawosławnych świętych małżonków Piotra i Fewronii. Uralski niedźwiedź jeździ na wrotkach, wygląda jak przebrany krótkonogi człowiek w futrze. Pieski w szkolnych ławkach śpiewają i liczą na rozkaz. Na arenie znany aktor deklamuje dwa wiersze, religijny i świecki, specjalnie tak, mówi, żeby zahaczyć o niebo i o ziemię. W religijnym, euforycznym wierszu składa pokłon świętym małżonkom. W tym ziemskim mówi o "jajcach" (chodzi o prokreację). To aluzja do niskiego przyrostu naturalnego w Rosji. Kiedy opowiadam z ironią o cyrku mojemu Rosjaninowi, on śmieje się: "Więcej luzu! A czy nie wiesz, że cyrk i cerkiew mają ten sam starożytny źródłosłów?".
Wkrótce zorientowałem się, że festiwal, w którym biorę udział - pod wysokim patronatem Dumy i Cerkwi - jest fikcją, ma znaczenie czysto fasadowe, ideologiczne. Na filmy pokazywane w salce miejscowego multipleksu poza nami - jurorami - nie przychodził prawie nikt. Nie było zresztą na co. Nie dziwiłem się młodym, snującym się po iluminowanych piętrach multipleksu, między reklamami "Avataru" i "2012", że nie przyciąga ich "krąg rodziny".
Jak dobrze, że są multipleksy! - pomyślałem w Jekaterynburgu. - Jak dobrze, że istnieje hollywoodzki repertuar, który łączy ludzi na świecie, bo kto jak nie Hollywood głosi prawdziwą pochwałę rodziny? Jeszcze trochę, a pochwaliłbym McDonald's.
Zwiedzamy cerkiew Na Krwi. W gablotach zdjęcia carskiej rodziny, ostatnie rysunki ich dzieci, drobne ocalałe przedmioty. Batystowa chusteczka cara. Rozstrzeliwano ich stopniowo, nie zabijając od razu. Mikołaj II na to patrzył. - Zginął na końcu, podobno kompletnie osiwiały - opowiada mi Masza z festiwalu. Mówi, że o zamordowaniu carskiej rodziny opowiedziała swojemu synkowi. Płakał, pytał, kto mógł coś takiego zrobić. Wtedy pokazała mu jekaterynburski pomnik Lenina: on!
Przede mną - nowiutki ikonostas, jarzący się od złota. W rzędzie ikon, tuż za Chrystusem Pantokratorem - ikona cara Mikołaja II z synem Aleksym, dalej ikony reszty carskiej rodziny: żony, czterech córek. Wszyscy kanonizowani. Napis: "Na kolana, Rosjo...".