"Miłość męża do żony obliguje go, aby pieścił ją, aż osiągnie orgazm". Czy takie mówienie o seksie, jak robi to o. Knotz, to dobry kierunek w Kościele? - Dobrze, że jest ksiądz, który wziął na siebie to, aby otwarcie przedstawiać naukę Kościoła na ten temat. Ja wstydziłbym się mówić o seksie w taki sposób. Wolałbym zostawić to osobom świeckim. W nauczaniu Kościoła seksualność człowieka ma swoją wartość, gdy jest wpisana w miłość małżeńską. I o. Knotz tak właśnie to przedstawia.
Kościół nie patrzy już tak podejrzliwie na seks jak kiedyś, ale rozmija się z tym, co ludzie robią. - Były okresy w historii, gdy kaznodzieje uznawali, że trzeba postraszyć piekłem w reakcji na rozwiązłość zachowań i falę chorób, które w konsekwencji faktycznie groziły zagładą Europy. Te historie głęboko zapadły w pamięć i do dziś myślimy, że Kościół podejrzliwie traktuje seks. Ale to nie jest istota nauki Kościoła na ten temat. W praktyce - może mam wyjątkowe szczęście - w ciągu 50 lat może raz zostałem potraktowany skrajnie podejrzliwie i rygorystycznie przez spowiednika.
Przecież ten rygoryzm jest wciąż żywy. Informowanie na lekcjach o antykoncepcji księża nazywają zachętą do rozwiązłości. - Pomysł na wychowanie w sprawach seksu wydaje mi się na dzisiaj całkiem nieprzemyślany i uwikłany w walkę ideologiczną. Słychać, że wychowanie seksualne ma być czystym przekazem informacji. Bez wartościowania. Czyli nie powiemy dziecku, co w tej dziedzinie jest dobre, a co złe? To żadna
pedagogika. Zresztą nie potrafię uwierzyć w szczerość takiej deklaracji. Praktyka jest taka, że seksuologowie wychwalają antykoncepcję jako jedyne sensowne podejście do życia seksualnego i opatrują to komentarzem, że jednak "Kościół wam powie, że to złe". To nie jest przekaz informacji, ale wyśmiewanie się.
Z Kościoła? - Z ludzi myślących inaczej na temat seksu.
To w ogóle nie przekazywać wiedzy? - Wiedza na temat seksu jest dziś bardziej dostępna niż kiedykolwiek.
W internecie... - Ale wyjaśnienie biologicznego mechanizmu rozmnażania nie jest jeszcze przygotowaniem do radzenia sobie z seksualnością. Z kolei rodzice nie są chętni, żeby wprowadzać dzieci w świat seksualności, bo sami mają kłopoty z przyjęciem własnej. Brak im słów, a kiedy wreszcie zabiorą się do rozmowy, często jest jak w dowcipie: "Ojciec mówi do syna: Porozmawiajmy o seksie, a syn odpowiada: To co chciałbyś wiedzieć, tato?".
Z drugiej strony, jeśli komuś rozmowa o seksualności nie sprawia żadnego kłopotu, to może znaczy, że nic mu nie sprawia kłopotu, bo nie żyje w świecie wartości.
Jeśli ktoś mówi otwarcie o seksie, to znaczy, że nie posługuje się wartościami w życiu? - Mówić można na różne sposoby. Mam na myśli mówienie beztroskie, jakby seks był rozrywką.
W takim razie pozostaje szkoła. - To też nie takie proste. Na jednej z konferencji o edukacji seksualnej pozytywnie zaskoczyli mnie nauczyciele - mieli wątpliwości, zastanawiali się, jak rozmawiać z dziećmi, żeby im pomóc, a nie zaszkodzić. Za to seksuolodzy składali deklaracje, w których sensowność nie wierzę: "Będziemy tylko informować, a nie oceniać".
Pamiętam rozmowę z nauczycielką, która przygotowywała się do prowadzenia zajęć z edukacji seksualnej. Miała dylemat, czy może mówić dzieciom, że masturbacja jest dobra, bo uważana jest za normalne zachowanie w rozwoju człowieka. A co, jeśli ta nauczycielka katoliczka tak nie uważa? Niestety, w debatach na takie tematy, żeby ośmieszyć współczesne nauczanie Kościoła, wyciąga się XVII-wieczne książki , gdzie uważano, że masturbacja powoduje usychanie mózgu albo ręki. Tak prowadzona dyskusja zamyka możliwość porozumienia. Z drugiej strony seksuolodzy w publicznych wypowiedziach udają, że nie istnieją uzależnienia od seksu i nerwice na tle seksu, które mają zarówno wierzący, jak i niewierzący.
Zauważają, niektórzy nawet żyją z ich leczenia. - Do masturbacji podchodzą z dziwnym entuzjazmem: w każdej chwili, niemal jako sposób na udane życie. No, ludzie! A gdzie tu pytania etyczne? Każdy człowiek zadaje pytania o prawdę i sens swojego działania. Nie każdemu do szczęścia wystarcza przelotna przyjemność.