Ma naganiaczy w firmach doradztwa finansowego, którzy proponują zdesperowanym klientom "prywatne pożyczki". Na 10 proc. miesięcznie!
Jako zastaw żąda mieszkań lub domów.
Z przyszłymi dłużnikami zawiera umowy notarialne na sprzedaż lub przewłaszczenie
mieszkania. Kiedy nie mogą spłacić długu, straszy mafią ukraińską, nęka telefonami, a w końcu wprowadza się do mieszkań swoich ofiar. Albo sprzedaje je wraz z całym dobytkiem dłużnika.
Chwali się, że i tak nikt nic mu nie może zrobić.
Wilczyńscy: Wprowadził nam łysego do dużego pokoju W 2005 roku wzięli pożyczkę w banku. Na remont. Sądzili, że sobie poradzą ze spłatą, choć są już po sześćdziesiątce.
- Jestem na rencie, ale mój mąż pracował. Nawet w dwóch miejscach. W każdym razie GE Money Bank nie miał żadnych zastrzeżeń. Dostaliś-my pieniądze w dwóch transzach. Ponad 40 tysięcy. Rata prawie tysiąc - opowiada Ewa Wilczyńska.
Po dwóch latach zaczęły się problemy. On stracił pracę, a jej zachorowała matka. Przestali spłacać raty. - Nie mieliśmy nawet na to, żeby płacić za mieszkanie. Zaległości czynszowe urosły do 15 tysięcy. Wspólnota mieszkaniowa, podobnie jak bank, postanowiła wystąpić do komornika - wyjaśnia pan Ryszard. Wpadli w panikę.
- Szukaliśmy kredytu w innym banku. Potem w SKOK-u Stefczyka. SKOK dał pieniądze, ale nie pokrywały całości długów. Od znajomych pożyczaliśmy nieduże kwoty - na życie i żeby coś spłacać. Zadłużenie rosło. Musieliśmy mieć większe pieniądze - dodaje. Mieli więc trzy długi: w banku, SKOK-u i we wspólnocie. Potem już nikt nie chciał im pożyczać. Ich nazwisko trafiło na listę dłużników Biura Informacji Kredytowej.
Na początku zeszłego roku znaleźli w którejś z gazet ogłoszenie firmy Consulto: "Nie radzisz sobie ze spłatą swoich zobowiązań, banki i firmy windykacyjne straszą Cię egzekucją komorniczą? Przyjdź do nas, pomożemy Ci odzyskać równowagę finansową i wreszcie spać spokojnie". Pojechali do biura w alei "Solidarności" w Warszawie.
- Doradczyni, pani Ewa Zając zapewniała, że nie ma sprawy, kredyt będzie taki, że uda się nam wszystko spłacić. Jak nie w banku, to w SKOK-u. Nawet byłam zdziwiona, bo z nami już nikt nie rozmawiał, tylko komornik - opowiada Ewa Wilczyńska. - Mieliśmy nadzieję, że ma swoje chody w bankach. Zresztą nas o tym zapewniała. Obudziła się w nas nadzieja, że wyjdziemy z kłopotów.
Na krótko. - Potem dzwoniła, że kolejne banki odmawiają. Rozpacz. Gotowi byliśmy diabłu duszę oddać, żeby zdobyć te pieniądze - dodaje pan Ryszard.
Aż w końcu Ewa Zając z Consulto znalazła rozwiązanie. Zaproponowała pożyczkę u "prywatnego inwestora" (czytaj: lichwiarza). Nazywa się Paweł Tubielewicz. Pieniądze mogą być od ręki. Nie trzeba poręczycieli. Jedynie zastaw: mieszkanie, dom lub inna nieruchomość.
- Pani Zając tłumaczyła nam, że to świetne rozwiązanie: weźmiemy pożyczkę prywatną, spłacimy bieżące zadłużenie w banku. Pozbędziemy się komornika, wykreślą nas z bazy dłużników, więc nie będzie problemu z nowym bankowym kredytem. Jak go dostaniemy, spłacimy "prywatnego inwestora" - mówi Wilczyńska.
Zadzwonili od razu. - Lichwiarz umówił się z nami w jakimś mieszkaniu na Gocławiu, żeby uzgodnić szczegóły. Był grzeczny i współczujący.
- Potężne chłopisko. Blondyn w okularach. W dżinsach i granatowym podkoszulku. Ganił banki, że ludzi wpędzają w kłopoty. Chwalił się, ilu to osobom pomógł - opisuje pan Ryszard. - Towarzyszył mu facet wystrzyżony na jeża. Mówił o nim "kuzyn".
W mieszkaniu na Gocławiu uzgodnili warunki: Tubielewicz pożycza Wilczyńskim na trzy miesiące 85 tysięcy złotych pod zastaw mieszkania. Za pomoc w załatwieniu sprawy weźmie 10 tysięcy prowizji i po 10 tysięcy za każdy miesiąc umowy o pożyczkę. Razem wyszło ponad 125 tysięcy. Oczywiście cała umowa pożyczki jest na gębę. W akcie notarialnym miało być zupełnie inaczej. Pożyczka będzie wynosić w zaokrągleniu 130 tysięcy. Zgodzili się.
- Cały czas mieliśmy nadzieję, że pani Zając z Consulto w ciągu tych trzech miesięcy załatwi nam prawdziwy kredyt - mówi Wilczyńska.
Lichwiarz jeździł z nimi po wypis z ksiąg wieczystych i do komorników, żeby wzięli zaświadczenia o wysokości zadłużenia. Przekonywał, że jest dla nich jedynym ratunkiem. Wilczyńscy do końca wierzyli, że podpiszą z Tubielewiczem umowę pożyczki pod zastaw mieszkania.
21 maja Tubielewicz umówił spotkanie u notariusza Marka Płaski. - Tam okazało się, że podpisujemy akt sprzedaży mieszkania za 130 tys. z prawem pierwokupu. W akcie zostało zapisane, że osiemdziesiąt parę tysięcy z ceny sprzedaży dostaną na konta nasi wierzyciele, a resztę my, do ręki. Ponad 40 tys. Byliśmy w szoku. Dopiero po wszystkim, w domu, to do nas dotarło, że zamiast wziąć pożyczkę, sprzedaliśmy nasze mieszkanie - przerywa mąż Wilczyńskiej.