http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Plaża za szafą

Marcin Kącki
2010-02-05, ostatnia aktualizacja 2010-02-02 15:15

Gdy policjanci wyciągnęli "Plażę w Pourville" Moneta zza szafy matce Roberta się wyrwało: "Matko Boska, toż to majątek, synku, a ty żyłeś z rodziną w biedzie..."


Fot. Piotr Skórnicki
Robert zobaczył go po raz pierwszy wiosną 1999 roku. W jakimś albumie. A jak przeczytał, że wisi w poznańskim muzeum, to od razu mu głowa napuchła pożądaniem. Pociąg do Katowic, tam przesiadka do Poznania i już stoi przed muzeum. Nawet nie patrzy na inne obrazy, wali prosto do impresjonistów. "Plaża w Pourville" wisi w przechodnim pomieszczeniu, sama na jednej ścianie. Jedyny Monet w Polsce. Podobny do tych, które widział w Paryżu. Pracował tam na budowie pod koniec lat 90.

Plaża i woły

Mija kilka tygodni, a on wraca do Poznania. Robi zdjęcie "Plaży" i "Wołom", co wiszą naprzeciwko. Fotografuje korytarze i okna. Gdy wraca, w pociągu rodzi się plan.

Znów kilka tygodni przerwy.

Jako Jacek Walewski jedzie do Krakowa. Pod Barbakanem widział kiedyś malarzy. Robili portrety za parę złotych. Jeden młody z Ukrainy patrzy na zdjęcie "Plaży" i chce 600 złotych. Targują się. Staje na trzech stówach. Jacek wraca po miesiącu, by odebrać od Ukraińca kopię "Plaży" namalowaną na kartonie. Trochę się krzywi, bo jednak kopia nie ma polotu. Ale bierze. Koleżankę, która ponoć skończyła ASP, prosi o szkic tych wołów, co idą lasem.

Wie, że w muzeum nie ma kamer. Musi tylko uważać na obsługę, która co kilka minut paraduje po korytarzach, pilnując zwiedzających. No i musi mieć zgodę, by wejść do muzeum i szkicować.

Jest początek września 2000 roku. Pisze odręcznie:

"Do muzeum Narodowego w Poznaniu

W celu szukania różnych tematów, wrażeń artystycznych, a także w związku ze staraniem się o przyznanie członkostwa w Związku Polskich Artystów Plastyków okręgu w Krakowie oraz że w najbliższym czasie będą ocenianie moje prace przez komisję kwalifikacyjną, zgłaszam się z uprzejmą prośbą o wydanie mi zezwolenia na wykonanie podręcznego szkicu, na kartonie, wybranego artysty w tutejszym muzeum. Muszę zaznaczyć, że iż nie chodzi o skopiowanie lecz uchwycenie stylu, którym artysta w danej pracy posłużył się, co z kolei umożliwi mi własną interpretację owego obrazu. Z poważaniem Jacek Walewski".

Idzie na pocztę, wysyła prośbę faksem. Gdy tydzień później dzwoni do muzeum z pocztowej budki, słyszy, że zgoda jest.

Stuka Lucynka

Włodzimierz Nowaczyk, szef kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Narodowego w Poznaniu, wstaje z krzesła, podnosi rękę, a ta zatrzymuje się gdzieś na wysokości 130 centymetrów. Ale zjeżdża jeszcze niżej. O, taka maluśka była Lucynka! Jakby nieco wyrośnięta karlica. Lucynce to musiało doskwierać, bo gdy patrolowała tym wolnym krokiem muzealne sale, to zawsze w wysokich obcasach. Nie ma tu przepisów co do obuwia, ale wiadomo, że lepiej chodzić w miękkim, bez obcasów, bo sześć godzin marszruty po drewnianym parkiecie to mordęga. Ale dla Lucynki ważniejsze od wygody było wznieść się te parę centymetrów w górę.

To Lucynka miała dyżur w niedzielę 17 września 2000 roku. Południe było, gdy do sali wszedł wysoki, młody blondyn w jasnym golfie, z wielkimi arkuszami brystolu w rękach. Usiadł na ławeczce plecami do "Plaży" i szkicował "Woły idące przez las" Heinricha Zügla. Lucynka przez te cztery godziny z kilkanaście razy przechodziła przez salę, ale ani razu nie widziała, by "młody w golfie" choćby podnosił się z ławeczki.

Gdy domniemany Jacek Walewski siada na ławeczce, w sali nie ma nikogo, tylko ta mała co chwilę przechodzi przez salę. Rytualnie. Najpierw jej obcasy stukają daleko, potem coraz bliżej, gdy wchodzi do sali i przechodzi dalej, do następnej. Potem stukanie wraca. Jacek wyciąga spomiędzy arkuszy szkic wołów. Bierze ołówek i maże po nich. Gdy słyszy, że mała stuka gdzieś daleko, odwraca się na ławce, wyjmuje nożyk, podchodzi do "Plaży" i wbija w górny róg płótna. Ciężko idzie, bo grube to płótno. Tnie ledwie kilka centymetrów. Obraz ma 70 centymetrów szerokości i 50 wysokości. Trochę to zajmie.

Zbliżają się obcasy. Jacek wraca na ławkę i odwraca w kierunku wołów. I znowu macha po nich. Mała wchodzi, przechodzi, obcasy milkną. Jacek wstaje, nacina, obcasy wracają, wraca na ławkę. "Plaża", choć prawie wycięta, sztywno stoi w ramie.

Po trzech godzinach ostatnie nacięcie. Teraz szybka podmiana: płótno z ramy idzie między brystole, a kopia w ramę. Jacek zawsze się pilnował, by kopię trzymać za krawędzie, ale podczas wkładania w ramę musi ją podtrzymać z tyłu. Palcami. Trudno. Pociesza się, że nie był notowany, policja nie ma jego odcisków, więc i tak go nie znajdą. Teraz szybko do szatni, odbiera teczkę na rysunki, której nie pozwolili mu wziąć do sali, wkłada brystole z płótnem i pędzi na ostatni pociąg do Katowic. Jeśli nie zdąży, będzie się szwendać całą noc po dworcu z obrazem pod pachą. Ale zdążył.

Gdy Jacek wychodzi z muzeum, jest znowu Robertem. A Robert ma już upatrzoną skrytkę. Po rozwodzie mieszkał z rodzicami, w dwóch pokojach, na małym olkuskim osiedlu. Kradzież zbiegła się z wyjazdem ojca do sanatorium, a gdy matka poszła do pracy, odkręcił boczną ściankę szafy wnękowej, włożył brystole z płótnem i zakrył ścianką.

Odciski

- Panie kuratorze, Lucynka mówi, że Monet się odkleja z ramy - słyszy od ochroniarza w słuchawce Piotr Michałowski, kurator galerii, gdzie wiszą impresjoniści. Jest wtorek, 19 września. W poniedziałek muzeum było nieczynne. - Co za głupota? - myśli Michałowski i idzie sprawdzić.

Jest 20 metrów od obrazu, gdy widzi, że obraz się nie odkleił. W ramie zamiast wesołego pejzażu wisi jakiś gniot wiejący smutkiem.

Źródło: Duży Format
  • 38 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    191 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':