Departament Stanu
USA wezwał wczoraj Turcję i Armenię do ratyfikacji podpisanego w ubiegłym roku porozumienia o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych. Dwa tygodnie temu z dokładnie takim samym apelem wystąpił szef rosyjskiego
MSZ.
Już sama jednomyślność obu mocarstw, i to w kwestii żywotnych interesów ich dwóch sojuszników, jest, wziąwszy pod uwagę złe stosunki między Moskwą a Waszyngtonem, zaskakująca. Ale jeszcze bardziej interesująca jest niechęć obu rządów, by z takim trudem wynegocjowane porozumienie przedstawić parlamentom do ratyfikacji. W Turcji i Armenii rządzące partie mają w parlamencie całkowitą przewagę, ratyfikacja powinna być więc automatyczna. A mimo to oba rządy wyraźnie boją się debaty. Zakłócić ją mogą bowiem wydarzenia sprzed prawie stu lat - dokonane w 1915 r. w otomańskiej Turcji ludobójstwo Ormian.
Turcja uczyniła z odmowy uznania tego ludobójstwa kamień węgielny swej polityki wobec Armenii. Nie chodzi o spór o fakty (choć nadal istnieją uprawnione różnice zdań co do liczby ofiar, szacunki wahają się od 600 tys. do 1,5 mln) ani o ich ocenę - Turcja przyznaje, że Ormianie istotnie cierpieli, ale uznanie ich rzezi za ludobójstwo Ankara uważa za niedopuszczalne.
Rzecz w tym, że dla Armenii i dla Ormian na całym świecie jest to sprawa podstawowa. Porozumienie starało się ominąć tę kwestię, mówiąc jedynie o konieczności zbadania wydarzeń z 1915 r. To ustępstwo wymusiła na Erewanie konieczność: otwarcie granicy z Turcją to dla pogrążonego w kryzysie kraju, z którego połowa ludności chce wyjechać, sprawa gospodarczego życia lub śmierci. Tyle samo obywateli Armenii deklaruje w sondażu, że są przeciwni nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z Ankarą. Diaspora, której pieniądze utrzymują Armenię, zareagowała jeszcze ostrzej. Gdy dojdzie do parlamentarnej debaty, presja opinii publicznej może przeważyć nad partyjną dyscypliną i rząd poniesie wówczas klęskę.
Podobnie jest w Turcji. Wydawać by się mogło, że porozumienie, dzięki uchyleniu kwestii ludobójstwa, jest tureckim sukcesem. Ale sąd najwyższy Armenii orzekł, że nie może być ono interpretowane w sposób sprzeczny z konstytucją, a ta nakłada na kraj obowiązek walki o uznanie ludobójstwa. Słowem, Turcy obawiają się, że ormiańskie ustępstwo to jedynie bańka mydlana i konieczność rozliczenia się z przeszłością, mimo zaklęć, powróci.
Ekonomicznie na poprawie stosunków z biedną Armenią Turcja zyska niewiele, zaś już samo podpisanie porozumienia sojuszniczy dotąd
Azerbejdżan, od lat pozostający z Armenią w konflikcie o Karabach, uznał za zdradę. Zaś Baku kontroluje rurociągi naftowe i gazowe dostarczające konieczną Turcji energię.
Tureccy krytycy porozumienia twierdzą więc, że jest ono dla kraju niekorzystne. Opinia publiczna i liczni posłowie z rządzącej AKP nadstawiają ucha, a opozycja (w Armenii zastraszona i słaba) już szykuje się do kolejnego ataku na rząd i tak uwikłany w liczne wewnętrzne konflikty, czyli nikt się do ratyfikacji nie pali. Nikt - z wyjątkiem sojuszników obu krajów. Turecko-armeńska normalizacja przyczyniłaby się do stabilizacji sytuacji na Kaukazie, na czym i Moskwie, i Waszyngtonowi zależy.
Swą odmową uznania przeszłości Turcja zapędziła się w ślepą uliczkę. Mając z Erewanem stosunki, mogłaby doprowadzić do kompromisu w sprawie Karabachu i utrzymać tym samym sojusz z Baku. Pozbawiona hipoteki przeszłości nie musiałaby już bronić się przed oskarżeniami, zatruwającymi jej stosunki i z USA, i z UE.
Tureccy krytycy twierdzą, że upór Erewanu w kwestii, było nie było, historycznej, jest dla Armenii samobójczy - ale jest to w jeszcze większym stopniu prawdą w odniesieniu do samej Turcji.