Anna M. rodziła trojaczki przed czasem, w 30. tygodniu ciąży. Chłopcy ważyli około kilograma. W miejscowym szpitalu nie mieli trzech inkubatorów, więc Annę na sygnale zawieziono do Legnicy. W szpitalu zrobili cesarkę.
Kuba urodził się zdrowy. Kacperek i Maciuś byli niedotlenieni, lekarze stwierdzili ciężkie porażenie mózgowe.
Był kwiecień 2002 r. Urodziny trojaczków były wydarzeniem w Bogatyni. Gmina ufundowała specjalny wózek, obiecała pomoc. 26-letnia wtedy Anna miała już w sumie siedmioro dzieci - córkę i sześciu synów.
Siedem lat później - 2 stycznia - gdy Anna wezwała pogotowie do Kacperka, lekarze byli bezsilni. Chłopiec był zagłodzony, ważył osiem kilogramów, dwa-trzy razy mniej niż jego zdrowi rówieśnicy. W wyniszczonym organizmie bez przeszkód rozwinęło się zapalenie płuc, które chłopca zabiło.
Anna milczała, gdy pod koniec stycznia prokuratorka zarzuciła jej formalnie narażenie syna na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, za co grozi do pięciu lat więzienia.
Płakała, składając zeznania. Tłumaczyła, że została sama, bez pomocy.
Nagle w Annie zaszła zmiana Przez pierwszy okres po porodzie Anna często odwiedzała Ośrodek Pomocy Społecznej w Bogatyni. Z czasem przychodziła coraz rzadziej. - Może to z powodu choroby dzieci? - zastanawia się kierownik Edward Rak.
Dzieci rosły. Z trojaczków tylko Kuba rozwija się prawidłowo. Maciek jest kontaktowy, uśmiecha się, mówi całymi zdaniami, ale sam nawet nie siada. Dziecko spastyczne. Kacper nie widział, nie słyszał, nie mówił. Leżał tylko w swoim łóżeczku, miał padaczkę.
- Karmić go mogła tylko Ania albo jej starszy syn Emil - opowiada babcia Anny. Karmili go łyżeczką. Tym, co jedli wszyscy. Matka rozgniatała jedzenie. - Ale on i tak wszystko wypluwał - opowiada Emil, uczeń szóstej klasy. - Picie też.
Prokuratura ustaliła, że Anna ostatni raz była z Kacprem u lekarza 29 września 2008 r. Zeznała, że problemy z karmieniem zaczęły się grubo ponad rok temu.
- Na początku matka była aktywna: chodziła z dziećmi na rehabilitację, jeździła do specjalistów w Legnicy czy Wrocławiu - opowiada Mirosława Garbowska, lekarz pediatra. - W 2008 roku jeszcze na pewno była u mnie z dziećmi. W zeszłym roku przychodziła bez dzieci, gdy czegoś potrzebowała, np. zaświadczenia o stanie zdrowia, gdy starała się o wózek inwalidzki. Nie musiałam ich widzieć, znam ich, wiem w jakim są stanie. Wystarczyło, że powiedziała tylko, że jest bez poprawy. Wystawiałam zaświadczenia.
Doktor Garbowska była u Anny M. w domu przed laty, kiedy dzieci były malutkie. Nie miała zastrzeżeń. - Bardzo dobrze się dziećmi opiekowała przez pierwsze cztery lata, ale potem nie wiem, co się stało, już się tak nie przykładała.
Tę zmianę zauważył nawet kierownik Rak: - Nie wiem, co się wtedy stało w jej życiu.
Być może Annę zmienił komentarz lekarki - że Kacper i tak umrze, więc lepiej byłoby go umieścić w hospicjum.
Może przeżyła wyprowadzkę męża, ojca trojaczków, emerytowanego policjanta. - Płacił alimenty, ale nie interesował się dziećmi - mówi babcia Anny.
A może - jak napisze kurator sądowy w raporcie - "ogrom obowiązków związanych z opieką i wychowaniem przerósł matkę".
Musiała sobie radzić sama Anna nie chce rozmawiać z "Gazetą". Urodziła się w Bogatyni, tu mieszka cała jej rodzina, w tym matka, babcia i cztery siostry. - Teraz to jej niby pomagają, ale wcześniej musiała sobie radzić sama - komentuje koleżanka Anny.
Anna ma średnie wykształcenie. Skończyła liceum, gdy na świecie już byli Patrycja (dziś 15 lat) i Darek (13 lat). Matury nie zrobiła. Poza stażem u cukiernika, w czasie gdy chodziła do szkoły, nigdy nie pracowała. Utrzymuje się z alimentów i zasiłków.