Renata Grochal, Jarosław Kurski, Łukasz Lipiński: Zrezygnował pan z rewanżu na Lechu Kaczyńskim. A z sondaży wynikało, że zwycięstwo ma pan w kieszeni.
Premier Donald Tusk, szef PO: Każdy ma w sobie emocje, także sportowe. Polityka jest też sztuką wygrywania. Doszedłem już jednak do tego, że w polityce ważniejsza jest zdolność przekraczania smugi cienia. Tej, która rozgranicza to, co negatywne, agresywne od tego, co organizuje ludzi, by zrobić razem coś pożytecznego. Już blisko rok temu wiedziałem, że jeśli coś istotnego mam dalej robić, to w rządzie.
Który moment był przełomowy? Kryzys? Sprawa hazardowa?
- W każdym tygodniu w ciągu tych dwóch lat widziałem, że to, co pozytywne, może rodzić się w rządzie, a to, co jest negatywne - w Pałacu. Nie rozstrzygajmy, czy to jest kwestia temperamentu, osobowości, chociaż mam swoją krytyczną opinię na temat prezydenta Lecha Kaczyńskiego i PiS. Jednak także ustrój i konstytucja powoduje, że w Pałacu Prezydenckim dużo jest elementów prestiżu, a bardzo mało możliwości pozytywnego działania.
Jako "Gazeta" macie zresztą swój udział w dochodzeniu tej decyzji, bo byliście gospodarzem mojego spotkania z Tadeuszem Mazowieckim. To wtedy powiedział on jako pierwszy tak wyraźnie, z nadzwyczajną emocją i determinacją powiedział: Niech pan będzie premierem, dobrze pan to robi. Mam duże zaufanie do ludzi, o których wiem na sto procent, że są bezinteresowni, a mają wiedzę, mądrość. Wielką satysfakcją był dla mnie czwartkowy telefon od premiera Mazowieckiego.
Co pan usłyszał?
- Jego spytajcie, bo będę się czerwienił. To był najbardziej serdeczny polityczny telefon, jaki w życiu odebrałem. Te słowa zachowam w pamięci do końca życia. Ale opinie i rady nawet najbardziej szanowanych ludzi nie były kluczowe. Kluczowe było przekonanie, że chociaż prezydentura to wielki spektakl, a kampania wyborcza bardzo wielu wyborców ekscytuje, pociąga, to wszyscy wiemy, że po tym, jak nowy prezydent mówi słowa przysięgi, jest tylko prestiż, zaszczyt, żyrandol, pałac i weto.
Złota klatka nie dla pana?
- Nie bez powodu systematycznie ilustruję moje wystąpienia tą "zieloną mapą", którą Polacy namalowali przez ostatnie dwa lata. Jesteśmy dziś przykładem dla nowych państw europejskich, ale i dla Niemiec, i dla Wielkiej Brytanii. Wszyscy widzą, jakim fenomenem jest Polska w czasach kryzysu i jak sobie świetnie poradziliśmy. Ale wiem też, że to nie jest dane raz na zawsze. Można to bardzo łatwo zmarnować.
Obserwuję działania różnych rządów. Widzę, jak niemądre, nieprzemyślane, podejmowane w panice albo pod presją różnych lobbies decyzje są druzgocące dla gospodarek wschodzących. Być może nie są one aż tak straszne w przypadku państw najbogatszych. Ale gdybyśmy w Polsce podejmowali złe decyzje, to ten kryzys naprawdę mógł stać się dla nas dramatem.
Czyli jednak kryzys był momentem przełomowym, nie sprawa hazardowa?
- Sprawa hazardowa nie miała wpływu na moją decyzję. Jako premier i szef Platformy chcę doprowadzić do potrójnego zwycięstwa w wyborach prezydenckich, samorządowych i parlamentarnych. Bo tylko to da nam takie "turboprzyspieszenie" w kluczowym dla Polski momencie, gdy świat będzie wychodził z kryzysu. I nie mógłbym tego zrobić z garbem podejrzeń. Sprawa hazardowa musi być wyjaśniona.
Decyzja, że pan nie kandyduje, jest ostateczna?
- Definitywna. W sprawie tej decyzji przez te miesiące łamałem opór ludzi, którzy ze mną współpracują. Nie dlatego, żeby mi źle życzyli. To było takie przyzwyczajenie, że ja kandyduję. I tłumaczenie, że to nie jest dobre, nie wystarczyło. Musiałem też podejmować decyzje polityczne, które łamały opór wewnątrz.
No właśnie, nie obawia się pan, że ta kolejka, która ustawiła się już do sukcesji po panu, może teraz panu przeszkadzać?
- Nie. To ja jestem szefem tego przedsięwzięcia. W tego typu momentach ludzie muszą dostosować się do decyzji lidera.
Co żona panu radziła?
- Dla Małgosi, Kasi, Michała kłopoty wynikające z faktu, że jestem w polityce, są niezależne od tego, czy jestem premierem, czy byłbym prezydentem. Płacą tę daninę, którą płaci się mediom - utratą prywatności. Oni dobrze wiedzą, że tego typu decyzje nie zapadają wskutek rodzinnej dyskusji. Gosia, tak jak ja, jest historykiem z wykształcenia, więc łatwo jej zrozumieć, że byłoby źle, gdyby premier podejmował decyzje o istotnej wadze dla państwa dlatego, że jego bliscy potrzebują komfortu. Ale wiem, że się cieszą z tej decyzji, bo jest zgodna także z ich poglądem. Zawsze mam pełne wsparcie w rodzinie. To jest też źródłem siły.
Nie obawia się pan, że ludzie nie zrozumieją decyzji, że nie startuje pan w wyborach prezydenckich? Od 2005 roku Platforma budowała wrażenie, że będzie rewanż.
- Polacy bardzo dojrzeli, politycznie też. Kryzys był przyspieszonym kursem mądrzejszego liczenia pieniędzy, rozumienia mechanizmów gospodarki. I także lepszego zrozumienia, na ile polityka ma wpływ na ich życie. Mam nadzieję, że Polacy zaakceptują moją decyzję. Nie można mieć oczywiście pewności. Ale jest pewien typ decyzji, który jest dobry niezależnie od tego, czy jest do zaakceptowania w pierwszym momencie. W jakimś sensie każdy - mówię o tych, którzy sympatyzują ze mną czy z Platformą - musi zadać sobie pytanie, które sam sobie zadałem. Czy chodzi tylko o to, żeby się odwinąć? Czy o to, żeby na dłużej utrzymać władzę po to, żeby robić rzeczy dobre, ale równocześnie nie rezygnować z tego, żeby się jednak odwinąć.
Źródło: Gazeta Wyborcza