Polska oparła się recesji, jest tą zieloną wyspą, z najwyższym w Europie wzrostem
PKB. To nasz sukces i nie ma powodu go umniejszać. Jednak nasze finanse publiczne są w kiepskiej kondycji. Co roku wydajemy blisko 40 miliardów zł na spłatę odsetek od zaciągniętych pożyczek. To pieniądze wyrzucone w błoto. Tę narastającą śniegową kulę trzeba powstrzymać, bo bez tego nie mamy co marzyć o dalszej integracji z Unią Europejską przez przyjęcie euro. Nie możemy żyć na kredyt, zostawiając taki garb zadłużenia naszym dzieciom i wnukom.
Od kilku miesięcy ekonomiści, w tym guru transformacji Leszek Balcerowicz, zachęcają Tuska do radykalnych zmian. Co innego suflują premierowi spece od PR. Ci wolą, by rząd nic nie robił - bo po co ludzi straszyć przed wyborami?
Rząd wybrał trzecią drogę. Minister Michał Boni nazwał tę filozofię "reformowaniem za pomocą skalpela", w przeciwieństwie do lat 90-tych, kiedy opłakany stan państwa wymagał użycia ostrej piły.
Premier zapowiada naprawę finansów publicznych przez ograniczenie wzrostu wydatków publicznych (tzw. reguła wydatkowa), co przybliży nas do euro. Taką regułę próbował już wprowadzić Marek Belka w rządzie
SLD, jednak kolejne ekipy ochoczo o niej zapomniały, gdy tylko kasa państwa zaczęła szybciej napełniać się pieniędzmi. Potem przychodził kryzys, dochody spadały, a wydatki - pozostawały. I musieliśmy pożyczać.
Krokiem do dokończenia reformy emerytalnej ma być włączanie służb mundurowych (m.in. policjantów i żołnierzy) do powszechnego systemu emerytalnego. Rząd nie chce tu odbierać nikomu praw nabytych - ci, którzy już teraz są w służbie, zachowają swoje przywileje. Ale od 2012 r. nikt nowy już ich nie nabędzie. Oszczędności z tego tytułu przyjdą więc dopiero po latach, ale rząd uniknie społecznego niezadowolenia.
Podobnie premier chciałby stopniowo, krok po kroku "wyprowadzać" bogatych rolników z sowicie dotowanego teraz przez państwo
KRUS.
Do tego czeka nas jeszcze dalsza walka z biurokracją i
prywatyzacja - rząd chce zyskać w tym roku blisko 30 miliardów zł ze sprzedaży państwowego majątku.
Rządowy "Plan..." z pewnością rozczaruje tę część elit, która zachęca do radykalnych, acz niepopularnych w społeczeństwie reform. Dla zatroskanych stanem finansów publicznych ekonomistów to zbyt słabe lekarstwo by wyleczyć zadłużeniową zarazę.
Ludziom ten plan się zapewne spodoba, bo próbuje łączyć wodę z ogniem: reformy są, nie bagatelizujemy zagrożeń, ale są robione tak, by były jak najmniej bolesne dla ludzi. Tym bardziej, że premier pokazał też marchewkę: za przyhamowanie wydatków państwa i likwidację części nieuprawnionych przywilejów, Polacy, zwłaszcza ci z małych gmin i miasteczek mają dostać szansę na cywilizacyjny skok. Obok słynnych Orlików, boisk do
gry w piłkę, mają tam powstać "węzły cywilizacyjnej pomocy": żłobki, przedszkola, biblioteki, ośrodki pomocy osobom niepełnosprawnym i wykluczonym.
To pomysł cywilizacyjnego skoku, wyrównywania szans dzieci ze wsi i miasteczek, któremu wszyscy, również opozycja powinni kibicować. Musi się udać. Tusku, musisz!