http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lem wśród zielonych ludzików

Wojciech Orliński
2010-01-29, ostatnia aktualizacja 2010-01-28 16:15

Dla polskich widzów radosną niespodzianką może być to, że główny bohater najnowszego animowanego filmu 3D ma na imię "Lem". Nie jest to tym razem skutek nadaktywności tłumacza Bartosza Wierzbięty, który uwielbia wciskać polskie akcenty, gdzie się da - tak jest w oryginale.

Wojciech Orliński
Fot. WOJCIECH DUSZENKO
Wojciech Orliński
Jako wielbiciel Stanisława Lema postanowiłem dotrzeć do twórców filmu, by zapytać ich, czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Nie było to takie trudne, bo film powstał w Europie, na przedmieściach Madrytu. Nie jest to zresztą żadne romantyczne miasteczko filmowe w rodzaju włoskiego Cinecitta czy londyńskiego Pinewood. To typowy "office park", jakich sporo wyrosło także w Polsce - gdzie swoje siedziby mają firmy technologiczne, ubezpieczeniowe, medialne i Bóg wie, jakie jeszcze.

"Planeta 51" to próba rozszerzenia działalności twórców popularnej także w Polsce serii gier komputerowych "Commandos". Budżety gier i filmów coraz bardziej się do siebie zbliżają, techniki animacji - także. Jest to więc próba inwazji na świat filmu ludzi z branży gier.

Porządna animacja wymaga jednak przeważnie odrobiny aktorstwa - bez względu na zastosowaną technikę, ruchy postaci dobrze jest przećwiczyć w rzeczywistości. Podobno animatorzy budzili sensację pracowników instytucji w sąsiednich biurowcach, ćwicząc choreografię scen walki na wielkim parkingu pośrodku "office parku".

Okazało się, że to nie Hiszpanie wprowadzili imię "Lem". Jeśli chodzi o "Planetę 51", mają ambicje mocarstwowe, chcą wprowadzić film na globalne rynki, dlatego kręcili go od razu po angielsku, a dialogi powierzyli współscenarzyście "Shreka" Joe Stillmanowi. Do Stillmana już nie pofrunąłem z pytaniem o Lema, ale zadałem je za pośrednictwem Hiszpanów. Okazało się, że skoro cały film jest realizowaną w Europie parodią amerykańskiej fantastyki z okresu zimnej wojny, to Amerykanin uznał, że zabawnie będzie symbolicznie przywołać europejskiego pisarza uprawiającego science fiction, które nie ma nic wspólnego z opowieściami o inwazji małych zielonych ludzików.

"Planeta 51" jest zręczną kpiną z tak zwanej "pulp sci-fi", czyli fantastyki drukowanej w tandetnych magazynach i broszurach w latach 40. i 50. Zagrożenie inwazją ufoków było w niej często metaforą zagrożenia komunistyczną infiltracją - stąd na przykład obsesyjny strach przed tym, że Marsjanie (lub komuniści) przechwycą kontrolę nad czyimś mózgiem, by ta osoba bezwolnie spełniała rozkazy z centrali.

Ten szalenie popularny w Ameryce mit najlepiej przedstawiła w 1959 roku powieść "The Manchurian Candidate". Amerykanie bali się tego naprawdę - dziś z ujawnionych archiwów wiemy, że CIA prowadziła badania nad parapsychologicznymi możliwościami opanowania ludzkiego umysłu w ramach absurdalnego projektu "MK ULTRA". Eksperymenty prowadzono m.in. na pacjentach szpitali psychiatrycznych, naruszając sporo zasad etycznych i kodeksowych.

W "Planecie 51" ten tragikomiczny mit sparodiowano w scenie, która bawi mnie jeszcze bardziej teraz, gdy wiem, że ćwiczono ją na parkingu biurowego kompleksu: w oddziale żołnierzy mających podjąć walkę z najeźdźcą z kosmosu każdy ma zabić kolegę, jeśli tylko ten dostanie się pod kontrolę umysłu. Wyznaczono nawet tego, który ma zabić dowódcę. Oczywiście w efekcie prowadzi to do komedii omyłek, w której żołnierze zaczynają walczyć ze sobą, nie z najeźdźcą.

Najzabawniejsze tu jest jednak odwrócenie ról: cały film opowiada o planecie, na której małe zielone ludziki żyją dokładnie tak jak amerykańskie społeczeństwo w latach 50. Mają latające pojazdy bardzo podobne do starych fordów i chevroletów, uwielbiają rodzinne grillowanie i panicznie boją się inwazji stworów takich jak my. Na tej planecie ląduje amerykański astronauta i z dumą wbija gwiaździsty sztandar pośrodku czyjegoś wypielęgnowanego trawniczka. Nie od razu dociera do niego, że ta planeta jest już przez kogoś zamieszkana.

Ten żart można odczytywać na wielu poziomach. Po pierwsze, w amerykańskiej fantastyce do dziś panuje dziwne przekonanie, że na naszej planecie nie mieszka nikt poza Amerykanami. Dlatego jeśli kosmici nawiązują łączność z Ziemią - to robią to z Ameryką. Jeśli się uczą ziemskiego języka - to jest nim angielski z amerykańskim akcentem. Jeśli wypowiadają wojnę lub zawierają pokój z całą planetą, negocjacje prowadzi amerykański prezydent.

Po drugie, już w oderwaniu od fantastyki - Amerykanie to dziś chyba jedyny cywilizowany naród, który wciąż uważa, że wylądowanie komuś na podwórku i wbicie gwiaździstego sztandaru w jego trawnik to najlepsze rozwiązanie wszystkich problemów. Hiszpański film to w gruncie rzeczy opowieść o Amerykaninie, który uczy się, że nie jest sam na tej planecie.

Muszę przyznać, że jako Polak odczuwałem trochę patriotycznej dumy - gdy obcokrajowcy wymyślają postać udzielającą takiej nauczki Amerykaninowi w kontekście science fiction, to pierwszym nazwiskiem, jakie przychodzi im do głowy, jest "Lem"!

Źródło: Duży Format
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':