W ubiegły czwartek po jedenastu godzinach przesłuchania Zbigniewa Chlebowskiego przewodniczący Sekuła ogłosił 10 minut przerwy. Po paru minutach świadek wrócił na salę, a przewodniczący zajął miejsce za stołem. Obok stały puste krzesła pozostałych sześciu śledczych. Niektórzy już na sali udzielali wywiadów. Niespodziewanie Sekuła mówi: - Czy ktoś z członków komisji chce jeszcze zadać pytanie? Nikt się nie zgłasza. W związku z tym stwierdzam, że zakończyliśmy zadawanie pytań panu posłowi Chlebowskiemu.
TVN wychwyciło, że od ogłoszenia przerwy minęło tylko sześć minut, a nie dziesięć. Dlaczego Sekuła przemówił do pustych krzeseł? Czyżby chciał ocalić Chlebowskiego przed dalszymi pytaniami?
- Być może to był mój błąd, spojrzałem nie na ten zegar co trzeba - wyjaśnia nam teraz Sekuła. I opowiada o swoim stanowisku pracy podczas prowadzenia obrad komisji. Na stole są dwa komputery: jego prywatny laptop i urządzenie sterujące mikrofonami (może je włączać i wyłączać), na każdym też jest zegar. - Wczoraj (we wtorek) zauważyłem, że ten z komputera od mikrofonów późni się pięć minut - mówi Sekuła. - Mogło być tak, że na nim zapisałem czas rozpoczęcia przerwy, a jak wróciłem, nie spojrzałem na niego, tylko na ten drugi zegar. I zobaczyłem, że minęło dwanaście minut. Ogłosiłem więc zakończenie przerwy, ale żadne z posłów i posłanek nawet nie przerwał udzielania wywiadów. Żaden też do końca dnia nie zgłosił protestu.
Sekuła zapewnia, że oba zegary zostały już zsynchronizowane.