W 1999 r. premier Tony Blair obiecał rodakom, że za dekadę "wszyscy w Wielkiej Brytanii będziemy klasą średnią". Mimo setek milionów funtów wydanych na programy mające doprowadzić do większej równości, brytyjskiej lewicy tej obietnicy zrealizować się nie udało.
Co więcej, z raportu opublikowanego właśnie przez rządowy panel ekspertów ds. podziału dóbr wynika, że przepaść pomiędzy najbiedniejszymi i najbogatszymi zwiększyła się podczas 13 lat rządów laburzystów. "Wlk. Brytania jest krajem nierówności bardziej niż jakikolwiek kraj uprzemysłowiony w Europie. I krajem większych nierówności niż dekadę temu" - pisze autor raportu prof. John Hills, specjalista od polityki socjalnej z London School of Economics.
W kraju, gdzie fortuna najbogatszego człowieka - stalowego magnata Lakshmiego Mittala - sięga 10 mld funtów, aż 3 mln dzieci żyje poniżej progu ubóstwa. W 2009 r. granicą tą był tygodniowy dochód 236 funtów (1,1 tys. zł) na rodzinę. Poniżej tej granicy pozostaje na Wyspach aż 11 mln ludzi i w ostatnich kilku latach przybyło ich 300 tys.
Widoków na poprawę nie widać. Od ostatniego zwycięstwa wyborczego Partii Pracy w 2005 r. dochody 10 proc. najbiedniejszych gospodarstw spadły o dziewięć funtów tygodniowo. Dochody 10 proc. najbogatszych wzrosły w tym czasie o 45 funtów.
Z raportu wynika jasno, że zasadniczy wpływ na życie, karierę i zarobki Brytyjczyków ma miejsce urodzenia, a dokładnie zamożność rodziny, w której się urodziło. Londyński "Times" pisze nawet, że raport potwierdza starą prawdę, iż "Brytyjczycy są narodem rozdartym podziałami klasowymi od kołyski aż po grób".
O tym, czy jest się z klasy wyższej, średniej, czy z dołów, świadczy nie tylko akcent nabyty w domu, szkole i na uczelni, wygląd, dzielnica, w której się mieszka, ale także towarzystwo, z którym się przestaje, nie mówiąc już o zajmowanym stanowisku. Jeśli Brytyjczyk urodzi się w biednej rodzinie w złej dzielnicy, to nie trafi do dobrej szkoły, nie zdobędzie odpowiedniego wykształcenia i nie straci akcentu, który zawsze zdradzi prawdziwe miejsce na drabinie społecznej.
Według prof. Hillsa podziały klasowe dopadają już małe dzieci, ponieważ pociechy rodziców lepiej wykształconych osiągają lepsze wyniki w podstawówce.
Nie inaczej jest w środowisku nastolatków. Te spośród 16-latków, które z racji niskich dochodów rodziców dostają w szkole darmowe posiłki, mają zazwyczaj dużo gorsze wyniki w nauce niż rówieśnicy jadający w domu. A uprawnionych do darmowych posiłków w szkole przybywa z roku na roku - w 2009 r. było to 15 proc. uczniów, podczas gdy rk wcześniej - 14,5 proc.
Gdy ci młodzi ludzie kończą szkołę, dostają zazwyczaj gorszą pracę, mają mniejsze zarobki i koło się zamyka. Kilka lat po zakończeniu edukacji absolwenci szkół prywatnych zarabiają średnio o 8 proc. więcej niż ich rówieśnicy po szkole publicznej.
Raport nie daje jasnej odpowiedzi, dlaczego przepaść między bogatymi a biednymi rośnie. Jako jeden z czynników hamujących zasypywanie podziałów wymieniona jest niska mobilność społeczna.
Dokument jest bardzo nie na rękę Partii Pracy, która przed mającymi się odbyć za pół roku wyborami wypowiedziała konserwatystom wojnę klasową. Laburzyści próbują przekonać Brytyjczyków, że pod rządami uchodzącej zawsze za partię bogatych i lepiej wykształconych lepiej się będzie żyło tylko bogatym. Tymczasem - jak pokazuje raport - tak właśnie działo się pod ich rządami.
Źródło: Gazeta Wyborcza