Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
20-letnia Wioletta Farna z Rzeszowa urodziła córkę 4 listopada. Kilka tygodni później złożyła wniosek o wypłatę becikowego do ośrodka pomocy społecznej. Nie dostała tysiąca złotych, bo z dołączonego zaświadczenia lekarskiego wynikało, że pod opieką lekarską była dopiero od 14. tygodnia ciąży.
- O tym, że spodziewam się dziecka, dowiedziałam się w 12. tygodniu. Wcześniej nie miałam żadnych objawów. Zdarzało mi się, że nie dostawałam okresu przez pół roku. Kartę ciąży założono mi w 14. tygodniu. Czy to moja wina? - pyta załamana kobieta.
- Nie każda kobieta w 10. tygodniu wie, że jest w ciąży. U niektórych ciąże, szczególnie na początku, przebiegają bez typowych objawów - potwierdza dr Krzysztof Szafranko, zastępca kierownika kliniki położniczej szpitala
MSWiA w Warszawie. - Poza tym wiele kobiet nie stać na prywatnego ginekologa i muszą czekać w kolejkach do przychodni, nawet kilka tygodni. W tej sytuacji nie mają szans zdążyć.
Wioletta Farna nie pracuje, córkę wychowuje sama. - Tysiąc złotych to dla mnie ogromne pieniądze - żali się.
Ministerstwo Pracy zmieniło zasady wypłacania becikowego od 1 listopada. Żeby je dostać, kobieta musi przynieść zaświadczenie, że co najmniej od 10. tygodnia ciąży była pod opieką lekarza. O rozporządzeniu pisaliśmy w "Gazecie" wielokrotnie, teraz widać jego efekty.
- Nie będziemy wypłacać pieniędzy. Koniec, kropka. Mamy związane ręce przepisami - mówi Elwira Kochanowska-Pięciak, wicedyrektorka MOPS w Rzeszowie. Choć przyznaje, że przepisy krzywdzą matki nie z ich winy.
Zamieszanie dopiero się zaczęło. We Wrocławiu już jednej matce nie wypłacono pieniędzy. W Łodzi tylko w styczniu wniosków o wypłatę becikowego wpłynęło ponad 360. - Nie wypłaciliśmy pieniędzy 10-12 kobietom - mówi Grzegorz Pilaszek, dyrektor łódzkiego Centrum Świadczeń Socjalnych. - W miastach kobiety jakoś sobie radzą. Gorzej na prowincji, gdzie dostęp do lekarza jest dużo gorszy. W ich przypadku zdobycie zaświadczenia w 10. tygodniu ciąży jest wręcz niemożliwe.
Na Podkarpaciu lekarze mówią nam, że by pomóc kobietom, zaczęli wpisywać fikcyjne, wcześniejsze daty pierwszej wizyty.
Ministerstwo Zdrowia wie o problemie, ale odsyła do resortu pracy. A Ministerstwo Pracy ani myśli zmieniać przepisy. - Eksperci jednogłośnie negatywnie ocenili zasadność złagodzenia przyjętego warunku - informuje "Gazetę" biuro prasowe MPiPS. - Główną przyczyną późnego zgłaszania się kobiet we wczesnej ciąży do opieki medycznej są, niestety, zaniedbania terminów wizyt ze strony samych kobiet.
- W Polsce mamy bardzo niski przyrost naturalny. Te przepisy miały zachęcić matki do rodzenia dzieci. A teraz się je karze - mówi dr Szafranko.