Ci pacjenci potrzebują ciągłej opieki. Trzeba ich przewracać na bok, oklepywać, by nie mieli odleżyn, zmieniać pampersy, przebierać, myć i cierpliwie karmić. Tym wszystkim zajmuje się Małgorzata Staszowska. W Zakładzie Pielęgnacyjno-Opiekuńczym w Sosnowcu pracuje od ośmiu lat.
- Kiedy się kimś zajmuję, zawsze do niego mówię. Najwięcej mówię przy karmieniu podopiecznych, z którymi jest kontakt, ale nie mają już apetytu. Trzeba ich cały czas zachęcać, żeby połknęli choć łyżkę zupy. Nim zjedzą porcję, czasem mija pół godziny - mówi Staszowska.
Tacy pacjenci są teraz zmartwieniem dla zakładu w Sosnowcu i podobnych 300 w całym kraju. - Rozważamy ogłoszenie upadłości, bo
NFZ drastycznie obniżył stawkę za najcięższych pacjentów, właśnie tych, których trzeba karmić - mówi Renata Zarębska, dyrektorka zakładu w Sosnowcu.
Stan pacjentów, którzy wymagają karmienia, według międzynarodowej skali Barthel ocenia się na 0 pkt. W zeszłym roku
Ministerstwo Zdrowia jednak skalę "zmodyfikowało". Teraz na 0 pkt ocenia się jedynie tych pacjentów, którzy nie mają już odruchu połykania i są odżywiani za pomocą sondy lub gastrostomii (bezpośrednie podawanie pokarmu do żołądka).
- Efekt jest taki, że NFZ zmienił zasady finansowania opieki na pacjentami, których musimy karmić. Zamiast 198 zł na dzień dostajemy teraz tylko 70 zł. Dla mojego zakładu to cios - mówi Waldemar Jurasz, szef Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Rajczy. Ma takich pacjentów ponad 30 na 130 wszystkich.
Zakłady lecznicze mają prawo do pobierania części emerytur i rent swoich podopiecznych (maksimum 70 proc.), ale w Rajczy to niewiele. - To rolnicze tereny, ludzie mają niskie świadczenia - tłumaczy Jurasz.
Już w sierpniu napisał do NFZ, że zmiana zasad płacenia za najciężej chorych pacjentów doprowadzi do upadku opieki długoterminowej. Nie otrzymał odpowiedzi.
Teoretycznie wszystko jest, jak było - w budżecie całego NFZ i w oddziałach pieniądze na opiekę długoterminową zaplanowano takie same, jak były w zeszłym roku. Zakłady mogą więc wypracować takie same kontrakty. Ale tego nie zrobią, bo pielęgniarki nie będą zakładać lepiej wycenionej przez NFZ sondy pacjentom, których mogą same nakarmić.
Nie pomogła interpelacja posłanki Joanny Muchy z PO. Dostała odpowiedź od wiceministra zdrowia Adama Fronczaka, w której przekonywał, że NFZ nie może lepiej płacić za karmienie bez sondy, bo nie potrzeba do tego sprzętu.
Nie pomogły też interwencje Elżbiety Szałkiewicz, krajowej konsultantki pielęgniarstwa przewlekle chorych i niepełnosprawnych, ani Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. - Od wielu miesięcy zwracamy uwagę, że czeka nas zamykanie tych zakładów i że przepis jest bezsensowny. Sonda to ostateczność, powoduje odleżyny w przełyku i może być źródłem zakażenia. Powinno się ją zakładać najpóźniej, jak to możliwe - tłumaczy Iwona Borchulska z zarządu OZZPiP.
W nieoficjalnych rozmowach urzędnicy, zarówno w śląskim oddziale NFZ, jak i w centrali, przyznają, że nowa stawka za całodzienna opiekę jest za niska. Oficjalnie stanowisko prezesa Jacka Paszkiewicza jest jednak inne. "W karmieniu doustnym pacjenta może brać udział każdy personel medyczny. Również wolontariusze i członkowie rodziny" - napisał do konsultantki krajowej.
- Mamy wielu starych i samotnych ludzi, rodziny często albo nie mają, albo o nich zapomniała. A jeśli są odwiedzani, to nie każdego dnia, a karmić ich trzeba trzy razy dziennie - przekonuje Małgorzata Staszowska.
Dr Jarosław Derejczyk, śląski konsultant ds. geriatrii, popiera pielęgniarki: - Opieka nad pacjentem z sondą jest bardziej kosztowna od tej nad pacjentem karmionym. Jednak NFZ nie może dłużej udawać, że 70 zł to dosyć. Może zaproponować jakąś pośrednią stawkę, np. 140 zł. To krzywda dla pacjentów, z których żaden już nie krzyknie w swojej obronie, kiedy będą zamykać ich zakład.