Claude Monet nigdy nie odwiedził Olkusza. Gdyby kiedyś w przeszłości trafił w te strony, z pewnością obrazy przedstawiające wapienie Jury Krakowsko-Częstochowskiej w gasnącym popołudniowym słońcu byłyby dzisiaj nie mniej sławne niż inne dzieła francuskiego impresjonisty.
Ale choć Monet nigdy w Olkuszu nie malował, za sprawą jego twórczości 40-tysięczne miasteczko trafiło w połowie stycznia do światowej historii sztuki. - Przyznaję - zastrzega Stanisław Stach z miejscowej galerii Biura Wystaw Artystycznych - że okoliczności nie są zbyt chwalebne.
Fałszywy student z falsyfikatem
Stanisław Stach, na którego znajomi mówią Stachu, znany jest w mieście jako miłośnik sztuki. Sam maluje i wystawia swoje prace.
Pewnie dlatego, gdy we wrześniu 2000 r. trop z Muzeum Narodowego w Poznaniu - skąd skradziono impresjonistyczny pejzaż Moneta "Plaża w Pourville" z 1882 r. - zaprowadził śledczych do Olkusza, pierwsze kroki skierowali właśnie do pana Stacha.
Wypytywali, czy to może on podał się za olkuskiego studenta Akademii Sztuk Pięknych, który zapragnął przez kilka godzin wykonywać szkice w muzeum. A w rzeczywistości, zamiast szkicować, wstawił w ramy namalowany na tekturze niezbyt dokładny falsyfikat obrazu Claude'a Moneta, by wynieść niepostrzeżenie oryginał.
Pan Stach zaprzeczył, miał żelazne alibi.
Trop się urwał.
Tajemnica pokoju z szafą
Słynna "Plaża w Pourville" przez blisko dziesięć lat spoczywała w skrytce w szafie w mieszkaniu na pierwszym piętrze betonowego bloku przy ul. Strzelców Olkuskich. Szare blokowisko kilkudziesięciu czteropiętrowych, identycznych budynków rozrzucone jest na paru hektarach południowych obrzeży miasteczka.
Tutaj wychowywał się 41-letni dzisiaj Robert Z., którego oskarżono o kradzież. Wciąż mieszkają tu jego rodzice. Twierdzą, że choć przez tyle lat w ich domu było schowane dzieło warte milion dolarów, syn nic im o tym nie powiedział. Sam natomiast często znikał w pokoju z szafą i czegoś szukał.
Pewnie mówią prawdę, bo kiedy do ich drzwi pokrytych brązową dyktą zastukali policjanci i po przeszukaniu znaleźli obraz, ojciec Roberta poczuł się słabo. Jego mama do dziś ma oczy zmęczone z niewyspania.
- To musi być jakaś pomyłka - mówi cicho, uchylając drzwi. - Nie zapraszam do środka, bo w domu bałagan. Po tym wszystkim nie mam siły sprzątać.
Jak Arsene Lupin
- Sposób kradzieży obrazu od początku wydał mi się niezwykle pomysłowy, przypomina kryminalne wyczyny fikcyjnego włamywacza-dżentelmena Arsene'a Lupina - ocenia Stanisław Stach. - Nie dziwię się, że policjanci pojawili się właśnie u mnie. Takiego czynu mógł dopuścić się tylko ktoś zafascynowany sztuką. Jedni zakochują się w pięknych blondynkach, a inni w pięknych obrazach. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że tak właśnie mogło być w tym przypadku. Sprawca kradzieży, choć oczywiście popełnił grzech, zadbał, by obrazowi nic się nie stało. Nie spieniężył go. Przez prawie dziesięć lat mógł oglądać dzieło, kiedy tylko zapragnął. To marzenie wielu pasjonatów malarstwa. Chciałbym kiedyś poznać tego człowieka... jestem ciekaw jego osobowości.
Cieluch nie nadawał się na włamy
- Arsene Lupin? - koledzy Roberta Z. z osiedla mało co nie popłaczą się ze śmiechu.
- Odkąd pamiętam, to Robert miał ksywkę "Cieluch" albo "Cielak" - opowiada jego rówieśnik pamiętający przyszłego pasjonata dzieł Moneta jeszcze z technikum budowlanego.
- Dlaczego "Cielak"?
- Bo był taki ślamazarny i za bardzo nic mu się nie udawało. Nie miał żadnej inwencji, własnego zdania, pomysłu na życie. Bez stałego zajęcia, nie potrafił nic porządnie zrobić. Dorabiał na budowach, zwykle na czarno. Coś tam próbował kręcić z osiedlowymi chłopakami spod ciemnej gwiazdy, z jakimiś dilerami wódkę pił. Ale na włamy nie chodził, nie nadawał się.
Źródło: Gazeta Wyborcza