W niedzielny poranek wierni szybko zapełniają Centralny
Kościół Metodystyczny w śródmieściu Johannesburga. Ludzie w świątecznych ubraniach lub białych i błękitnych szatach modlitewnych przeciskają się na mszę przez kościelny dziedziniec i sień, które zajęło na obozowisko kilka tysięcy obdartych imigrantów z różnych afrykańskich krajów. To ofiary pogromów, do których doszło w maju 2008 r. w czarnych przedmieściach Johannesburga, Pretorii i Kapsztadu.
- Przyjechałem do RPA, jak wszyscy, za chlebem. Miejscowi od dawna krzywo na nas patrzyli, że odbieramy im pracę i psujemy rynek - opowiada Mike Jhlohlo z Bulawayo w
Zimbabwe. Nikt się jednak nie spodziewał, że dojdzie do pogromów. Tropieni i mordowani imigranci uciekali do kościołów. Potem zostali przeniesieni do tymczasowych obozowisk zbudowanych z pomocą ONZ. W zeszłym roku rząd RPA postanowił jednak zamknąć te obozy. Obawiając się kolejnych pogromów, kilka tysięcy ludzi, głównie z Zimbabwe, wróciło do Centralnego Kościoła Metodystycznego w Johannesburgu, gdzie schronienia udzielił im bp Paul Verryn.
Duchowny już w latach 80. zasłynął jako działacz ruchu przeciw apartheidowi w Soweto. Mieszkał w dzielnicy Orlando West, ukrywał u siebie młodocianych członków ruchu oporu, przyjaźnił się i współpracował z mieszkającą tam Winnie Mandelą, żoną odsiadującego wtedy wyrok dożywocia Nelsona Mandeli (z czasem poróżnili się, bo Verryn odrzucał radykalizm Winnie nawołującej do palenia żywcem kolaborantów).
Biskup został zawieszony w posłudze, gdy władze prowincji Gauteng oskarżyły go, że obozowisko w jego kościele przerodziło się w gniazdo przestępczości i rozpusty. Dziewczyny z kościoła wystają nocami na ulicach, dorabiając jako prostytutki, a wyrostki rabują sklepy i przechodniów. A wszystko to odbywa się w sąsiedztwie siedziby sądu najwyższego, obok której wyrósł cuchnący slums.
W zeszłym roku bp Ivan Abrahams, przywódca metodystów w RPA, próbował zdyscyplinować niepokornego Verryna. Kiedy ten nie posłuchał, Kościół postanowił go zawiesić. Biskup mieszkający wciąż w Soweto nie chce komentować decyzji zwierzchników. Bardziej rozmowni są jego podopieczni. - Jeśli wyrzucą z kościoła Verryna, wyrzucą także nasze obozowisko - mówi Brian Muzeringa, uciekinier z Zimbabwe i ofiara pogromów z johannesburskiego przedmieścia. - Rząd RPA trzyma z prezydentem Zimbabwe Robertem Mugabe. Jesteśmy dla obu kłopotliwym problemem. Teraz chcą nas wypędzić przed czerwcowymi mistrzostwami świata, żebyśmy nie psuli wizerunku kraju - tłumaczy Muzeringa.
Uchodźczy slums z Pritchard nie jest jedynym, jaki władze Południowej Afryki próbują usunąć przed piłkarskim turniejem, na który zjedzie pół miliona zagranicznych gości. Już w grudniu, gdy w Kapsztadzie losowano podział drużyn na grupy w turnieju, miejscowa
policja wypędziła z ulic bezdomnych i żebraków. Przed czerwcem policja zamierza też zrównać z ziemią slumsy ciągnące się wzdłuż drogi z lotniska w Kapsztadzie na stadion Greenpoint i bulwar Waterfront, największą atrakcję turystyczną miasta. Bezdomni i biedota mają zostać na czas mistrzostw przeniesieni daleko od miasta. Z okolic stadionów na życzenie piłkarskiej federacji FIFA przepędzeni zostaną straganiarze.
Władze Johannesburga planują też zrównać z ziemią slumsy wyrastające w czarnych przedmieściach Soweto, Thokozy, Tembisy czy Alexandry. W Pretorii policja po nocach już zatrzymuje bezdomnych. Burmistrzowie Johannesburga i Durbanu przyznali, że na czas mistrzostw bezdomne dzieci z tamtejszych ulic zostaną w najbliższych tygodniach wyłapane i wywiezione z miast do specjalnych ośrodków, które miejscowi obrońcy praw człowieka już nazywają obozami koncentracyjnymi.