Jako emerytowany punkowiec obejrzałem film "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha o punkowym zespole z nadmorskiego powiatowego miasta, z romantyczną miłością w tle. Miałem duże oczekiwania, przeżyłem duże rozczarowanie, film jest zupełnie cukierkowy, ma rzeczywiście - jak głosi jego slogan reklamowy - smak oranżady, a powinien mieć smak jabola. To był chyba jednak główny napitek polskich punkowców, co prawda w filmie członkowie owego zespołu piją ten eliksir na wydmach, ale piją go, jakby to była naprawdę cytroneta.
W sklepie na ulicy Puławskiej w Warszawie butelka wina truskawkowego kosztowała w latach 80. 245 złotych - pamiętam to wyraźnie, robiliśmy zrzutkę po lekcjach z moimi kolegami Jackiem i Rafałem. Potem było obalanie gdzieś na skarpie, koło skoczni narciarskiej albo klubu Warszawianka. Było nas kilku w klasie słuchających takiej muzyki, katowaliśmy ją, wielokrotnie przegrywaną z kaset firmy Stilon Gorzów na magnetofonach Grundig, choć ja już się wtedy raczej przestawiałem na
The Cure i
Joy Division, lubiłem łapać czarnego doła. Jacek miał jakiegoś kolegę w Anglii, który przysyłał mu kasety ze składankami, Rafał za to był bardzo ustosunkowany, bo kolegował się z czołowymi warszawskimi skinheadami, dzięki czemu czułem się bezpiecznie na koncertach - dla punkowców nie była to wtedy reguła. Skinheadzi mieli ksywki Agraf i Czerwus, byli to konkretni zawodnicy, nosili czerwone sznurówki w glanach, nie każdy mógł nosić takie sznurówki. Dzięki tej cennej znajomości nikt mnie nie skubał na koncertach, to naprawdę był luksus.
Pamiętam lata 80., raczej późniejsze niż w filmie Borcucha, bo do liceum chodziłem od roku 1983, stan wojenny zastał mnie w podstawówce, jestem o ładnych parę lat młodszy od protagonistów tego filmu, dopiero od roku 1984 zacząłem bywać w Remoncie na koncertach i słuchałem Rozgłośni Harcerskiej, która wbrew swojej nazwie puszczała bardzo nieharcerską muzykę. Lista przebojów Rozgłośni Harcerskiej to naprawdę było coś, jak ktoś był uświadomiony, to właśnie tej listy słuchał, a nie "Trójki", gdzie uparcie lansowano jakieś artrockowe upiory. I miałem okazję zobaczyć legendy polskiego punka na copiątkowych koncertach z cyklu Rock Front. Czekałem cały tydzień na te piątki, doprawdy, to była jedyna radość w ponurej rzeczywistości połowy lat 80. Bywałem też na festiwalu Róbrege, na festiwalu Marchewka, nie musiałem jeździć do Jarocina, wszystko było na miejscu.
Czy ktoś pamięta dziś zespół Trybuna Brudu i jego piosenkę o żołnierzach z 6. Dywizji Powietrzno-Desantowej? Czy ktoś przypomina sobie czołowy zespół tzw. zimnej fali - Ivo Partizan i jego protest song o doktorze Mengele? Albo ojowy zespół Karcer z wielkim przebojem "Młodość walcząca"? Albo Czterech Kopniętych i Fred, który śpiewał "lubimy senne marzenia, nirwanę w stanie upojenia, żyjemy, bo takie było przeznaczenie"? A Fort BS, który - jeśli się nie mylę - śpiewał wiersze Broniewskiego? Jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić, czekam na głosy i wspomnienia czytelników, przecież nie ja jeden mam takie doświadczenia. W oficjalnych mediach królowały jakieś zespoły w rodzaju Lombardu, ale my wiedzieliśmy, co jest naprawdę wartościowe.
Przypominam tu raczej zespoły niszowe, a nie wielkie gwiazdy punkowego nurtu jak Moskwa czy Dezerter, ale na te zespoły też się chodziło, te zespoły się ceniło, nie wiem, czy słusznie, ale wtedy raczej rządziły emocje niż rozsądek. Prawie nic po nich nie zostało, ktoś powinien wydać wielką antologię tamtej muzyki. Historia polskiego punka czeka na ponowne odkrycie, nikt niestety nie podjął się jeszcze zadania zrobienia epokowej monografii tego ruchu, na podobieństwo fundamentalnej księgi Kamila Sipowicza o ruchu hipisowskim. Szkoda, te czasy na to zasługują, choć wielu punkowych herosów się później niestety zmeneliło, stało się często tzw. jabol-punkami albo poświęciło się wąchaniu butaprenu. Ruch punk był raczej nihilistyczny, wielu jego przedstawicieli ów nihilizm wprowadzało twórczo w życie.
Zresztą, kiedy dojrzewałem, raczej w modzie nie było
The Clash czy Sex Pistols, ale druga, a może nawet trzecia fala punk rocka w rodzaju GBH czy Exploited, miało to według mnie zgubny wpływ na jakość polskiej muzyki punkowej. Ja jestem raczej zwolennikiem wczesnych zespołów brytyjskich z tzw. nurtu punk 77, kolekcjonuję wręcz płyty z tamtych czasów, swoją drogą zapraszam serdecznie do warszawskiej Proximy 3 lutego, zagrają Vibrators i UK Subs, to są naprawdę legendy. UK Subs byli już parę razy w Polsce, wokalista tego zespołu Charlie Harper ma już chyba sześćdziesiątkę albo więcej, i jakieś zawały za sobą, ale wciąż jest na scenie, widziałem go dwa razy na żywo, mam duży szacunek. Vibrators też co najmniej mieli tu dwa koncerty, na jednym byłem, podobało mi się.
"Wszystko, co kocham" skojarzył mi się raczej z filmami Stanisława Jędryki o miłości nastolatków w Peerelu niż z filmem o punkowym zespole. Jest jakiś straszny lukier w tym obrazie, nie można zrobić filmu o punkowym zespole, gdzie w tle leci smętne plumkanie na pianinie, a taka jest właśnie
muzyka Daniela Blooma. To powinna być wściekłość i wrzask, a nie sentymentalne pitolenie, jakoś mi bardzo szkoda zmarnowanej szansy. Ja bym chciał, żeby w tle leciały "Ku przyszłości", "Fabryka" i "Poroniona generacja" Dezertera. Czy są większe evergreeny tamtych czasów? Proszę mi nie zarzucać, że w 1981 roku wielu tych numerów jeszcze nie nagrano, gdyby taki film miał być do końca prawdziwy, toby musiały lecieć piosenki Kryzysu, może Deadlocka i Deutera.
Miło co prawda usłyszeć numery WC i "Plakat" Dezertera, to są absolutne klasyki, ale punkowy zespół, który nazywa się Wszystko Co Kocham? Niewiarygodne. Powinien nazywać się Wszystko Czego Nienawidzę. Podobno wzorowany jest na kapeli WC, zresztą w scenie koncertu w liceum grają chłopcy klasyczny numer WC "Łazienka" z kultową frazą "dyskoteka kurwoteka, syf, pozabijać ich". Swoją drogą polskie zespoły punkowe miały skłonność do fekalnych nazw: TZN Xenna, WC, Sedes.
Pozostaje mi zatem czekać, aż ktoś kiedyś wreszcie zrobi prawdziwy brudny film o polskim punku. Mógłby to zrobić Wojciech Smarzowski, u którego w "Domu złym" leci przecież inny klasyk tamtych czasów - "Spytaj milicjanta" Dezertera. Niniejszym podrzucam mu ten pomysł i liczę na pozytywną odpowiedź.