http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Na emigracji nam lepiej. Zostajemy

Aleksandra Pezda
2010-01-25, ostatnia aktualizacja 2010-01-24 20:11

W szczycie kryzysu wróciło do kraju zaledwie 60 tys. Polaków spośród ponad dwóch milionów, które nadal żyją za granicą.

Polski sklep w Dublinie
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Polski sklep w Dublinie


Pisze o tym w swojej nowej książce "Powroty Polaków po 2004 r." ekonomistka i demograf z Centrum Stosunków Międzynarodowych prof. Krystyna Iglicka (promocja książki dziś w CSM podczas seminarium "Zarządzanie emigracją - wyzwania dla polityki zagranicznej i gospodarczej"). Powstała na podstawie badań oraz danych z GUS i urzędów pracy. Prof. Iglicka ustaliła, że w szczycie kryzysu gospodarczego w 2008 r. wróciło do kraju tylko 60 tys. emigrantów z krajów europejskich, a za granicą pozostaje nadal ponad 2,2 mln.

Liczba Polaków spadła głównie w Wielkiej Brytanii - o 40 tys. (nadal jest tam 650 tys. Polaków) oraz w Irlandii. Za to np. w Holandii przybyło aż 10 tys., a w Norwegii i Danii - po ok. 2 tys.



Rozmowa z prof. Krystyną Iglicką



Aleksandra Pezda: Polacy nie wracają z emigracji? Jeszcze niedawno brytyjski rząd twierdził, że niemal połowa Polaków zamieszkujących tam wróciła do ojczyzny.

Prof. Krystyna Iglicka: Brytyjskie dane były oparte na liczbie osób przekraczających granice - to mylne, wliczały np. ruch turystyczny. My mamy dane z GUS i urzędów pracy i wynika z nich, że Polacy masowo z emigracji nie wracają. Brytyjski rząd próbował pozbyć się problemu. Na zasadzie: Polacy to tylko emigranci czasowi, więc nie ma potrzeby wdrażać żadnych programów integracyjnych. A jak Polacy usłyszą, że połowa wróciła już do domu, reszta może pomyśli o tym samym. Tak się jednak nie stało.

Dlaczego?

- Historia migracji uczy, że po jakimś czasie, na ogół po pięciu latach, przychodzi tzw. przeorientowanie. Emigranci przestają myśleć o szybkim powrocie, zakorzeniają się, pojawia się lojalność wobec nowych pracodawców, dzieci idą do szkół itd.

Naszym emigrantom najwyraźniej dobrze się żyje tam, gdzie są. Próbują przeczekać trudne czasy. Czasem za wszelką cenę - zgodzą się na niższą pensję, będą pracować na czarno.

Najwyższa pora przestać o nich myśleć "czasowi emigranci zarobkowi". Z ponad dwóch milionów Polaków poza ojczyzną prawie 70 proc. jest tam dłużej niż rok. Co z tego, że nie kasują polskich adresów, skoro są już rezydentami innych krajów? Nie ma co liczyć, że szybko wrócą.

Może ich do tego zachęcić?

- Chodzi o akcję "powroty"? Nie wyszła. To nie takie proste, zwłaszcza w kryzysie, kiedy różnica płac między Polską a np. Wielką Brytanią jest nadal duża. Emigranci się nie nabrali na powrotową propagandę rządu. Wiedzą, że jeśli wrócą, wpadną w rozmaite pułapki. Nie będzie im łatwo znaleźć się znowu na polskim rynku pracy, nie mają przecież konkurencyjnego CV, a znajomość angielskiego w Polsce nie jest wielkim osiągnięciem. Wpadną w pułapkę akceptacji niskiej płacy - może i wyżyją za 1,5 tys. zł, które zarobią w swoim mieście, ale nic nie odłożą. Wreszcie wpadną w marazm, jaki panuje w ich regionach. Pamiętajmy, że przecież najnowsza emigracja to nie tylko Śląsk i Podhale, ale też Podkarpacie, Lubelskie, Zamojszczyzna i Mazury - najbiedniejsze regiony.

Czyli te dwa miliony młodych ludzi już nie wrócą żyć, pracować i rodzić dzieci w Polsce?

- Trzeba się z tym godzić i starać się, żeby kraje, gdzie rezydują, przyjęły dla naszych rodaków jakieś programy integracyjne. Żeby nie zepchnęły ich na margines, nie zamknęły w gettach etnicznych. Powinniśmy zadbać o lepsze ich więzi z krajem i o to, żeby zarabiane przez nich za granicą pieniądze przyniosły korzyść ich rodzinom w kraju. Są wzory, np. w Meksyku był program, że do każdego peso przysłanego przez emigranta z USA, rząd dokładał dwa, za to rodziny emigrantów musiały te pieniądze inwestować. Można przyjąć przepisy, żeby pieniądze przysyłane rodzinom przez emigrantów wliczać w ich zdolność kredytową - wiele krajów tak robi. A u nas jest tak, że nasi emigranci wolą przewozić pieniądze w kopertach, niż robić kosztowne przelewy bankowe. Efekt? Gospodarka nic z tego nie ma.

Jak zapełnić lukę po nich?

- Powinniśmy zadbać o to, żeby mieć własnych imigrantów, najpewniej zza wschodnich granic. Trwa globalna walka o siłę roboczą, w której musimy brać udział. Zamiast marzyć, że wróci nasza emigracja, powinniśmy myśleć, jak zatrzymać np. Ukraińców przed wyjazdem od nas do Niemiec.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':