Na najbliższym posiedzeniu klub PO ma dyskutować nad projektem ustawy parytetowej autorstwa posłanki Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz. Proponuje ona wprowadzenie 30-procentowego parytetu dla kobiet i mężczyzn na listach do Sejmu, Parlamentu Europejskiego i w wyborach samorządowych. Reszta miejsc byłaby obsadzana dowolnie. Jeśli partia nie dotrzyma parytetu, jej lista nie będzie zarejestrowana.
Część PO jest przeciw. Jak dowiedziała się "Gazeta", w czwartek pełnomocnik rządu ds. równego traktowania Elżbieta Radziszewska przekonywała szefa klubu Grzegorza Schetynę, że ich partia nie powinna pisać ustawy parytetowej.
- Bycie kobietą nie jest poglądem politycznym ani gwarantem umiejętności wygrywania. Jeśli chcemy, żeby w polityce było więcej kobiet, musimy nauczyć je wygrywać, a nie tylko być na listach - przekonuje Radziszewska. Zamiast ustawowego parytetu proponuje, by każde ugrupowanie wprowadziło własne, wewnętrzne rozwiązania promujące kobiety.
Schetyny nie przekonała. Za wprowadzeniem ustawą parytetu na kilka kadencji są też wiceszefowie klubu PO
Janusz Palikot i Sławomir Nowak.
Ale Radziszewska nie jest sama. - Parytety są rozwiązaniem sztucznym. Po ich wprowadzeniu będzie problem z zapełnieniem list wyborczych. Nie da się ustawą zmusić kogoś, żeby został posłem - mówi "Gazecie" posłanka PO Magdalena Kochan. - O wiele ważniejsze jest usytuowanie kobiet na wyższych miejscach. Chcemy, by już w następnych wyborach parlamentarnych na listach PO w pierwszej trójce była jedna kobieta, a w pierwszej piątce dwie.
W tym obozie jest też platformiany konserwatysta
Jarosław Gowin. Twierdzi on, że większość posłów w klubie jest przeciw parytetowi. - Ten projekt nie wyjdzie z klubu, bo dwie trzecie zagłosuje przeciw. Chyba że premier zaapeluje o poparcie i to przeważy - mówi nam Gowin.
Na najbliższym posiedzeniu klubu przeciwnicy parytetu będą przekonywać resztę do swojego poglądu. Przypomną m.in. argumenty z opublikowanego w lipcu otwartego listu 15 dziennikarek i pracowniczek naukowych (m.in. socjolog Barbary Fedyszak-Radziejowskiej czy dziennikarki Marii Przełomiec). Napisały one np., że "parytet, zamiast promować kobiety, sugeruje, że nie są na tyle zdolne i przedsiębiorcze, by samodzielnie, bez wsparcia, osiągać sukces".
Co zrobi premier? Pod koniec grudnia
Donald Tusk mówił w Radiu TOK FM, że poważnie zastanawia się nad poparciem ustawowego parytetu. - W politycznych namiętnościach facetom brak wrażliwości, by ustąpić miejsca kobietom. Zastanawiam się, czy nie trzeba wprowadzić na pewien czas przymusu parytetu, by wreszcie mężczyźni zauważyli równie ambitne, ale słabsze ze względów kulturowych kobiety.
Kochan obstaje przy swoim. - Partia polityczna to nie jest baczność, spocznij. Mam prawo głosować tak, jak chcę.
Radziszewska wierzy, że Tusk przyłączy się do przeciwników parytetu. - Niech mnie pani nie pyta, co by było, gdyby babka miała wąsy. Na razie premier nie poparł parytetu. I myślę, że po wewnętrznej dyskusji w PO nie poprze - mówi minister.
Autorka projektu Agnieszka Kozłowska-Rajewicz uważa, że projekt nie przepadnie. - Nawet kontrowersyjny projekt ustawy o zapłodnieniu in vitro posła Gowina, który miał bardzo wielu przeciwników w klubie, został złożony do marszałka Sejmu - podkreśla. Dodaje, że w sytuacji, gdy zdania są podzielone, może nie być klubowej dyscypliny podczas głosowania w Sejmie.
Sejm ma zająć się parytetem w lutym. Oprócz projektu Kozłowskiej-Rajewicz posłowie będą pracować nad bardziej radykalnym projektem Kongresu Kobiet Polskich (zakłada 50- proc. parytet). Według lipcowego sondażu "Gazety" za parytetem jest 61 proc. Polaków, 70 proc. kobiet i 52 proc. mężczyzn.