http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nałęcz: Widzę w komisji hazardowej sojusz PiS i SLD

Rozmawiała Agnieszka Kublik
2010-01-25, ostatnia aktualizacja 2010-01-25 19:38

Jeśli Tusk potrafi przekonać o swojej uczciwości, że niczego nie ukrywa, to wygra to przesłuchanie. A Chlebowski? Wypadł fatalnie. Miałem wrażenie, że widzę przepełnionego miłością i rozpaczą męża nad grobem żony. Tylko - żona została zamordowana, a na sztylecie znaleziono odciski męża. - ocenia prof. Tomasz Nałęcz

Tomasz Nałęcz
Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Tomasz Nałęcz
Rozmowa z Tomaszem Nałęczem, byłym szefem sejmowej komisji śledczej ws. afery Rywina; kandydatem PD i SdPl na prezydenta

Agnieszka Kublik: Które z przesłuchań przed hazardową komisją śledczą wniosło najwięcej?

Tomasz Nałęcz*: Zeznanie b. szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Dla mnie kluczowe. Kamiński powtórzył, że poszedł 14 sierpnia do premiera, bo chciał zapobiec katastrofie legislacyjnej. To brzmi niewiarygodnie, bo to nie był moment, w którym te prace mogły być zagrożone! Przecież nie wyszły nawet poza resort finansów, projekt czekały jeszcze konsultacje, akceptacja rady ministrów, a potem prace legislacyjne w parlamencie.

Kamiński zażądał od premiera przywrócenia pierwotnych założeń, czyli dopłat. A przecież one tam były.

- No właśnie, to jest dowód, że Kamiński wprowadził premiera w błąd. I że nie o wykreślenie dopłat chodziło.

Ale nawet gdyby ich tam nie było, Kamiński oszukiwał, twierdząc, że doszło do legislacyjnej katastrofy, bo prace zostały zakończone. Dopiero się zaczynały. To ta pułapka, którą Kamiński zastawił na premiera. On się zresztą do tego przyznał. Mówię o skandalicznym, bezczelnie prawdziwym sformułowaniu, że poszedł do premiera, by go poddać testowi na przywództwo.

Ta chęć zastawienia pułapki na premiera była silniejsza niż chęć gromadzenia dowodów na współpracę Chlebowskiego i Drzewieckiego z Sobiesiakiem i jego kolegami. Bo przecież CBA nie ma ani jednego dowodu na popełnienie przez Chlebowskiego czy Drzewieckiego przestępstwa. Doszłoby do niego, gdyby wzięli za te swoje działania jakieś gratyfikacje. Nic o tym nie wiemy, więc CBA niczego nie znalazło.

Ale przecież projekt jeszcze miał trafić na posiedzenie Komitetu Stałego Rady Ministrów, na radę ministrów, czekało go 1., 2., 3. czytanie w Sejmie, poprawki Senatu. CBA powinno na każdym z tych etapów obserwować Chlebowskiego i Drzewieckiego. Miałoby szanse na znalezienie dowodów ich winy lub niewinności. Jakich, tego nie wiemy. Nie wiemy, bo Kamiński przyszedł do premiera z prośbą, by wpłynął na prace nad ustawą. Gdyby premier nawet w najbardziej delikatny sposób rozmówił się z Chlebowskim i Drzewieckim, nie wspominając ani o Kamińskim, ani o CBA, ani Sobiesiaku, to przecież oni musieli się zorientować, że coś jest nie tak.

Dlatego dla mnie wersja Kamińskiego w sprawie łańcuszka przeciekowego (premier Tusk - minister Drzewiecki - jego asystent - Sobiesiakówna - Sobiesiak) brzmi bardzo wiarygodnie. On wiedział, że tak będzie.

Czyli Kamiński, idąc do premiera z takim żądaniem, z góry założył, że oni zostaną spłoszeni. Operacja "Black Jack" została w tym momencie unicestwiona przez samego Kamińskiego. Poświęcił dobro śledztwo na rzecz zastawienia na szefa rządu pułapki. Bo zażądał od niego działań, które musiały wysypać operację CBA. Dla mnie to najważniejszy wniosek z zeznań Kamińskiego - pamiętajmy - złożonych pod przysięgą.

Premier Tusk powinien obawiać się przesłuchania?

- Premier jest w bardzo trudnej sytuacji, bo się nie zorientował, że szef CBA zastawia na niego pułapkę. Ale trudno mu z tego powodu stawiać zarzut. Bo po to ma się szefa służby specjalnej, by to on premiera przed pułapkami ostrzegał, a nie je na niego zastawiał. Nikt nie spodziewa się, że zostanie pogryziony przez psa, który pilnuje jego domostwa. Tusk znalazł się właśnie w takiej sytuacji: pies, który miał pilnować domu, pogryzł domownika.

Po przesłuchaniach premiera nie oczekuję nowych faktów. Ważne, jakie wrażenie po sobie zostawi. Jeśli potrafi szczerym wywodem przekonać o swojej uczciwości, że niczego nie ukrywa, że mówi, jak było, to wygra to przesłuchanie.

Jakie wrażenie zrobił na panu Chlebowski?

- Bardzo złe. Dla mnie był nieprzekonujący już w pierwszych minutach. Mówił, że kierował się dobrem państwa. A przecież w jego sprawie mamy twardy dowód, które zadają temu kłam - podsłuchane rozmowy świadczą o niedozwolonych kontaktach z biznesmenami. Oczekiwałem, że Chlebowski jakoś się do tego ustosunkuje. A on nawet nie próbował tego wyjaśnić.

Zeznał, że gdy obiecywał Sobiesiakowi załatwienie sprawy, to kłamał.

- To było niewiarygodne. Bo fakty są takie, że tak jak chciał Sobiesiak, ten projekt utknął w resorcie. A więc musiał być jakiś blokujący. Był nim Chlebowski.

Jak słuchałem Chlebowskiego, to miałem wrażenie, że mam przed sobą przepełnionego miłością i rozpaczą męża płaczącego nad grobem żony. Tylko jest jeden szkopuł - żona została zamordowana, a na sztylecie w jej sercu znaleziono odciski męża.

A przesłuchanie, którego nie było?

- Najlepiej by było, gdyby Mirosław Drzewiecki przyszedł na posiedzenie komisji, powiedział, że ma kłopoty z gardłem. A potem poprosił, że jeśli uniemożliwi mu to długie składanie zeznań, by go komisja zwolniła.

Nie przychodząc, stworzył niekorzystne dla siebie i PO wrażenie, że chciał uzyskać czas na zapoznanie się z zeznaniami Chlebowskiego. Nie da się tego inaczej wytłumaczyć.

Poseł Bartosz Arłukowicz omawiał ze świadkiem Anitą Błochowiak to, o czym będzie ona zeznawać.

- To oczywiście jest dla niego kompromitujące. Śledczy nie ma prawa rozmawiać z przyszłym świadkiem.

Jak w tym przypadku dostrzegam takie niepokojące zjawisko sympatyzowania z osobami ze swojego klubu parlamentarnego, niedostrzeganie sprzeczności między rolą posła a śledczego. Ale Arłukowicz popełnił ten błąd chyba z naiwności. Dobrze, że już sam się wykluczył z jej przesłuchania. Arłukowicza oceniam jako najlepszego śledczego. Ale miarą klasy śledczego jest tropienie świństw swoich partyjnych kolegów. Arłukowicz jest świetny, ale w tropieniu świństw konkurencji politycznej. Więc najtrudniejsze zadanie ma przed sobą.

Kempa broni Arłukowicza.

- To jest dowód, że w tej komisji obowiązuje zasada plemiennej solidarności: jak ktoś jest z mojego plemienia, to jest dobry, jak z obcego - to zły.

W rozmowie "Gazety" z panią Kempą "Czy pani Kempa odwraca kota ogonem ta plemienność wyszła jako wspólnota plemion. Pani Kempa słusznie jako prawnik teoretyczną sytuację zinterpretowała jako niedopuszczalną, ale gdy się zorientowała, że chodziło o Arłukowicza, zaczęła odwracać kota ogonem.

Ta rozmowa z Kempą utwierdziła mnie w przekonaniu, że istnieje niepisany - mam nadzieję - sojusz między posłami PiS i SLD. Dla nich liczy się przede wszystkim walka z PO. Co nie jest dobre, bo powinno się liczyć wyjaśnienie afery hazardowej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':