Miałeś wypadek na nartach? Opowiedz nam o nim - pisz na adres listydogazety@gazeta.pl
>
Rozmowa z dr. Robertem Śmigielskim, ortopedą-traumatologiem Katarzyna Staszak: Zakopane, Nowy Rok, 8 rano. Małżeństwo wstało wcześnie, żeby mieć stok tylko dla siebie. Zderzają się czołowo. Jemu nic nie jest, ona ma złamane obie ręce i nogę. To najdziwniejsza makabra narciarska krążąca po redakcji w poprzednim sezonie. Dużo ma pan takich przypadków? Robert Śmigielski: Nie, ten jest rzeczywiście wyjątkowy. Ale lubię, gdy przychodzi pacjentka z mężem. Jest napięcie. On czuje się winny, bo ją na te
narty namówił. Do tego miota się w nowej codzienności: ona o kulach, a tu dom, dzieci. Słyszy, że tak będzie sześć tygodni, i jest przerażony. Zresztą kobiety w ogóle lepiej znoszą choroby i leczenie. Łatwiej się z nimi pracuje.
Ale to mężczyźni częściej mają sportowe kontuzje. - Niestety, taki mój los.
Ile przeprowadził pan operacji, których powodem był wypadek na stoku? - Półtora tysiąca, może dwa.
Coś łączy tych pacjentów? - Każdy zaczynał rozmowę od: "Ja świetnie jeżdżę na nartach". Czyli mamy pierwszy czynnik ryzyka.
Takie przekonanie? Nie fakt? - To przekonanie nawet często jest prawdą. Chodzi o to, co za tą samooceną idzie, na przykład podkręcone wiązania. Ustawia się je na twardo, żeby jeździć szybko. Tyle że narty nie wypinają się wtedy łatwo. I jak człowiek koziołkuje, to w stawie kolanowym dzieje się to samo co w "Czterech pancernych", gdy Gustlik wykręcał wyprane spodnie. Zostały mu w dwóch kawałkach.
To urazy wysokoenergetyczne, wywrotka w pędzie. Uszkodzenia są duże i bolesne, ale przynajmniej wiadomo, że była zabawa. Niesprawiedliwe w nartach jest to, że można mieć to samo - złamaną nogę, pęknięta łąkotkę - niemal tylko stojąc na stoku. Bo ktoś na nas najechał, bo straciło się równowagę. Wtedy krzywda psychiczna jest większa.
Czyli czynnik numer dwa to pech? - Sprawdzali to lekarze z Bernese Oberland, narciarskiego regionu Szwajcarii. Dwa lata temu przeprowadzili ankiety wśród 782 narciarzy leczonych w trzech lokalnych centrach urazowych i porównali z odpowiedziami 496 narciarzy, którym nie przytrafiły się kontuzja czy wypadek.
57 proc. pacjentów stanowili mężczyźni, średnio 40-letni, z dużą skłonnością do ryzyka. Jak to opisał jeden z lekarzy - podniecały ich przeszkody, muldy, trudności. Ryzyko kontuzji rosło też przy nowym niesprawdzonym wcześniej sprzęcie i nieświeżym śniegu. Nietrzeźwość, co ciekawe, nie zajęła wysokiej pozycji na liście czynników ryzyka. Wyżej były narkotyki.
Można więc robić przerwy na drinki? - To zależy na jakie. Nie żebym namawiał do picia na nartach, ale jeśli już - to lepiej sznaps niż piwo. Piwo zawiera lupulinę, która działa nasennie, otępiająco. Czyli spowalnia czas reakcji. Można tego nie czuć, ale to chemia - mięśnie i nerwy pracują już inaczej. Alkohol wysokoprocentowy w małych dawkach pobudza. Piwosze rzadko się biją, amatorzy wódki częściej.
Dlaczego niektórzy mogą nie robić sportowo nic przez cały rok, a na stoku wypadają całkiem nieźle? - Bo mają dobrą koordynację ruchową. To w nartach kluczowa sprawa. Są ludzie, którzy biegają maratony, świetnie jeżdżą na rowerze, a na stoku i w koszykówce są kiepscy. Ale mają przekonanie, że są wysportowani. Myślą, że mogą jechać najtrudniejszą trasą z dużą szybkością. To może być zgubne.