Skandalik polegał na tym, że John Edwards, dwa lata temu najpoważniejszy obok Clinton i Obamy kandydat Demokratów na prezydenta, przyznał się w końcu do swego nieślubnego dziecka. Kłopot nie w tym, że je ma, ani nawet nie w tym, że to w kampanii zatajał. Amerykanie mają mu za złe, że tę kampanię zbudował w dużej mierze na swej miłości do żony - osoby bardzo popularnej, od lat walczącej z rakiem. Senator Edwards na każdym wiecu zapewniał, jak jej pomaga i jak są blisko, wtedy gdy miał już dziecko z pracownicą swego sztabu. A główny kłopot w tym, że taki facet naprawdę mógł - gdyby Obama nie zgłosił się do wyścigu - zostać prezydentem. W pierwszych prawyborach w Iowa Edwards przegrał z Obamą, ale z
Hillary Clinton wygrał.
Skandalem dla części lewicy jest to, że senatorem z Massachusetts został republikanin Scott Brown. Jak mówił liberalny komentator telewizji MSNBC Keith Olbermann, to obraza, że do Senatu idzie "popierający przemoc wobec kobiet" (nieprawda) "rasista" (nieprawda) i "były striptizer". To ostatnie jest prawdą o tyle, że w 1982 r. dzisiejszy senator wystąpił nago w magazynie dla kobiet "Cosmopolitan" jako "najseksowniejszy Amerykanin" (dziś naczelna ponowiła ofertę, by pozował jako "najseksowniejszy senator", Brown chyba odmówi).
Żarty na bok, Brown nie jest ani potworem, ani też zbawcą Ameryki, jak w tych dniach głoszą prawicowcy. Szczerze mówiąc, po obejrzeniu paru jego występów w telewizji zdziwiło mnie, jak jest przeciętny. Wielka sensacja polityczna Ameryki z udziałem Browna stała się faktem dlatego, że jego demokratyczna rywalka była tragiczna, a roczne rządy Obamy są mocno niepopularne.
Wybór Browna - i tu dochodzimy do skandalu - oznacza prawie na pewno koniec planów głębokiej reformy systemu zdrowia w
USA. Pomińmy kształt reformy - projekty w Kongresie były mocno niedoskonałe. Chodzi o to, że Ameryka zmiany systemu zdrowia potrzebuje. Musi uporać się i z rzeszą nieubezpieczonych, i z rosnącymi ekspresowo kosztami.
I to jest dziś główny skandal, główny problem Ameryki: ten kraj nie jest w stanie uporać się z żadnym z piętrzących się przed nim problemów. System zdrowia, emerytury, gigantyczny deficyt budżetu, uzależnienie od obcej ropy, ekscesy banków... Te wszystkie problemy recytują z pamięci politycy od Florydy po Alaskę. I nic.
Oczywiście, rozwiązanie żadnego z nich nie jest proste. Na tym polega dramat - nikt nie jest w stanie w USA przeprowadzić trudnych, wymagających kompromisów reform. Bush, Obama, Demokraci, Republikanie...
Problemem jest podział kraju na te dwa zapiekle wrogie obozy. Ale jest i większy kłopot - każdy z tych obozów składa się z parunastu grup interesów, oddzielnych księstw. Ameryka przypomina dziś Polskę z okresu rozbicia dzielnicowego. Niby wszyscy mówią o interesie wspólnym, a tak naprawdę każdy książę ciągnie sukno w swoją stronę.
Tak było z reformą zdrowia. Obama mimo obietnic "zmiany" paktował (musiał?) z książętami - i z lewa, i z prawa. Poszedł na układy z firmami farmaceutycznymi, a potem i z ubezpieczalniami, co zmniejszyło szanse na redukcję kosztów. Z kolei związkom zawodowym dał przywileje - opodatkowane miały być drogie polisy wszystkich obywateli z wyjątkiem związkowców. Gdzie tu sprawiedliwość?
Podobnie Republikanie - niby mówili o redukcji kosztów, ale gdy Obama chciał poczynić oszczędności (rozsądne) w opiece zdrowotnej emerytów, to podnieśli wrzask o "nieludzkich cięciach", bo emeryci to ich "księstwo". Brali też pieniądze od ubezpieczalni.
Efekty są takie, że rok 2009 będzie kolejnym (ostatnie Busha też takie były) rekordowym rokiem lobbystów w Waszyngtonie. Reformy systemu zdrowia nie będzie żadnej albo będzie kadłubkowa.
Nie jestem utopistą ani populistą. Demokracja zawsze jest walką idei i interesów, często brutalną walką. Ale dziś w Ameryce z tych sporów nie wyłania się żaden kompromis, żaden sens. Ameryka stoi dziś nierządem. Jest krajem niesterowanym. Przez nikogo.