Wcześniej tak nie było? - Było. Ale wcześniej istniało uzasadnienie, dlaczego przywództwo Kaczyńskiego jest korzystne. Pytałem moich znajomych spoza partii, co sądzą o wodzu. Jedni byli za, inni - przeciwko. Ale mieli jakieś argumenty. Od dwóch lat słyszę już tylko stanowcze nie. Dlaczego nie? Po prostu, bo nie.
A to nie wszystko. Organizacja partyjna degeneruje się. Na Śląsku trudno nawet mówić o organizacji. To luźna zbieranina posłów, radnych. Przyjechał kiedyś do Gliwic prezes Kaczyński. Podejmujemy go w jazzowym klubie. Całkiem przyjemne miejsce, ale wódz gniewnie się rozgląda. Czemu nie spotykamy się w biurze poselskim? Nasz poseł z Gliwic tłumaczy, że nie ma warunków. Faktycznie nie ma, bo to dwa małe pokoiki. Tak ciasno, że jak chcesz wejść do toalety, musisz w ścianę zastukać, bo nie ma miejsca, aby otworzyć drzwi.
Kaczyński oświadczył, że w stolicy okręgu wyborczego ma być duże biuro. Jak nie będzie, zapomnij pan, panie pośle, o kandydowaniu. Poseł, notabene dawny PZPR-owiec, czerwony jak burak. Obiecuje, że zrobi biuro.
To był lipiec 2008 r. Wiesz, jak jest dzisiaj? Tak samo.
Posłowi nie zależy na kandydowaniu? - Zależy. Kombinuje sobie, że jeśli prezes raz jeszcze przyjedzie, to coś się zorganizuje, jednorazowo odpicuje, trawę pomaluje się na zielono. I jakoś to będzie.
Ta organizacja zasklepiła się. Zmarnowano wybory samorządowe. Trzeba było rozwijać partię w oparciu o sejmiki i o wielkie miasta. Ale Kaczyński sobie odpuścił. Nie lubi samorządu, nie potrzebuje go. Opiera się na klubie parlamentarnym, który łatwo jest zastraszyć. Najwyższym dobrem w ręku prezesa jest przydzielanie miejsc na listach. Tym najjaśniejszy pan wymusza posłuszeństwo.
Formacja wodzowska była potrzebna po anarchii AWS. Ale dziś PiS to formacja bizantyjska. Jest cesarz i jego dwór, a reszta się nie liczy. Cesarz ogłasza dworzaninowi, co trzeba zrobić, ten obiecuje, a potem nic nie robi.
Napisałeś w liście do Kaczyńskiego, że PiS jest niewydolny jak socjalizm za późnego Breżniewa. - Bo tak jest. Równie dobrze mogłem porównać do schyłkowego PZPR. Kaczyński będzie teraz ogłaszał kolejne etapy reformy, z których nic nie będzie wynikać.
Co ostatecznie przekonało cię to odejścia? - Na zeszłorocznym kongresie prezes ogłosił odnowę partii, jej profesjonalizację. Kupę kasy wydano na billboardy promujące kompetentne posłanki. A zaraz potem kampania do europarlamentu i znów stara śpiewka. Przepraszam cię, ale obrona polskiego Szczecina przed krzyżacką nawałnicą urągała mojej inteligencji.
Wstępowałem do partii antykomunistycznej z rodowodem "solidarnościowym", a nie endeckim z lat 30. czy gomułkowsko-moczarowskim z lat 60. Ja naprawdę nic nie mam do Niemców.
A w końcu nadszedł decydujący moment: koalicja medialna z
SLD.
Po koalicji z Lepperem powinieneś być uodporniony. - To nie to samo! Lepper był wybrykiem demokracji. A SLD to formacja z określonym rodowodem. Dziś może związek emerytów i rencistów, ale to wciąż ta sama partia. Uznałem, że nie ma już dla mnie miejsca w PiS. Retoryka rozmija się z praktyką tak dalece, że trzeba to przerwać.
Pocieszam się tylko, że ta epoka już się kończy. Tusk na dopalaczu pewnie sięgnie jeszcze po prezydenturę. A potem cała scena runie. Ten układ wypłukuje z siebie wszelkie sensy.
I zacznie się nowy cykl? Jesteś idealistą. Za dziesięć lat pewnie znów spektakularnie opuścisz jakąś prawicową formację, o której dziś nic jeszcze nie wiemy. - Nie sądzę. Jak odpadnie pozorny wybór między PiS a PO, ujawnią się prawdziwe oczekiwania wobec polityków.
Ja wierzę w państwo. Kryzys ekonomiczny pokazał, że ono jest potrzebne. Cały świat zachodni przeprosił się z państwem. Przyszłe partie będą musiały brać to pod uwagę. I nie chodzi o deklaracje czy billboardy, tylko o dobry produkt: sprawny urząd, klarowną procedurę, wyremontowaną obwodnicę. W takiej polityce chciałbym brać udział.