Pewnego razu na początku lat 80. jechałem land roverem przez pustynię na południowy zachód od Chartumu. Od wielu godzin nie widzieliśmy innego pojazdu, aż nagle się pojawił - mały punkcik na horyzoncie. Jechał w naszą stronę i jak to tu w zwyczaju, obaj kierowcy zwolnili, żeby zobaczyć, kto jeszcze trafił na to pustkowie. Zobaczyłem, że z drugiego land rovera spogląda znajoma twarz. Był to Vaughan, mój dawny kolega z Oksfordu. Było to miłe spotkanie. Zastanawialiśmy się, śmiejąc się, ilu oksfordczyków wpadło tak na siebie w Sudanie przez ostatnie 150 lat. Sądzę, że całkiem sporo cieszących się urokami kosmopolitycznej (bądź kolonialnej) egzystencji.
Vaughan i ja wiedliśmy życie rodzinne, robiliśmy kariery i pracowaliśmy na wielu kontynentach. Obaj sprawdzaliśmy się doskonale jako obywatele świata. On był prawnikiem u Chevrona budującego pola naftowe koło Bentiu w południowym Sudanie. Ja przyjechałem prosto z Chin jako stypendysta Kellogga i wykładałem na Uniwersytecie Chartumskim, zaś moja żona Pam pracowała w Biurze ds. Uchodźców Departamentu Stanu
USA i planowała karierę w ONZ. Żona Vaughana Mary była fotografką i stworzyła grupę wsparcia dla gromadki tutejszych cudzoziemców.
Reprezentowaliśmy typ kosmopolityzmu upowszechniającego się w kręgach młodych specjalistów i pracowników globalnej sieci instytucji pomocowych i dyplomatycznych, spółek inwestycyjnych, mediów i lobbingu. "Jaki mały jest ten świat!" - rzucał niezbyt odkrywczo ktoś z nas. Mały dla nas, którym łatwo podróżować, ale nie dla mieszkańców Erytrei uciekających przed wojną na wschód, a niekiedy aż do Europy i Ameryki.
Również Erytrejczycy odnajdywali w USA dawnych przyjaciół, towarzyszy broni i dalekich krewnych - także oni zamieszkują globalny świat. Ci, którzy w labiryncie organizacji międzynarodowych i rządowych odnaleźli drogę do Europy czy USA, byli zwykle bardziej z ducha kosmopolityczni. Wiedzieli, co dzieje się w dalekich krajach, cenili kulturową odmianę, byli lepiej wykształceni od rodaków, ale mniej niż pracownicy zachodnich instytucji pomocowych, z którymi się stykali, skłonni myśleć o globalizacji w kategoriach zanikania narodów w świecie bez granic. Nawiązywali odległe kontakty, jednak były to dla nich związki specyficzne, których nie mylili z tym, co uniwersalne i globalne.
Moda na cosmo Typowe rozumienie kosmopolityzmu skłania ludzi takich jak Vaughan i ja do poczytywania naszego przywileju mobilności za rzecz powszechną. Łatwo nam wierzyć, że doświadczenie globalnej mobilności i szerokich kontaktów dostępne jest wszystkim, którzy „zechcą” zostać obywatelami świata. Musimy stale pamiętać, jak bardzo nasze poczucie kosmopolityzmu wiąże się z przywilejami. Jak pisał Kwame Anthony Appiah: „Wychwalanie »kosmopolity « łączyć się może z niemiłym poczuciem wyższości wobec rzekomego prowincjusza”. Innymi słowy, przyjemną orientację etyczną na ogólnoludzką wspólnotę losu psuć może niemiłe samozadowolenie i brak samokrytycznej świadomości własnego uprzywilejowania.
Kosmopolityzm jest modny. Moda zaczęła się po zakończeniu zimnej wojny, pośród narastającej globalizacji. Cosmo to także popularny koktajl z wódki, cointreau lub triple sec i soku żurawinowego, rozsławiony jako drink panien z serialu "Seks w wielkim mieście". Samozwańcze gwiazdki nie interesują się filozoficznym podłożem globalizacji ani etyką Kanta - są kulturowymi spadkobierczyniami Helen Gurley Brown, która w latach 60. odnowiła magazyn "Cosmopolitan".
Kosmopolityzm wiedzie życie podwójne jako popkulturowy synonim otwarcia na świat, a zarazem akademickie odwołanie do moralnego sensu przekroczenia lokalności. Kwitł w obu wersjach, zwłaszcza w dobrych czasach, w klimacie globalizacyjnego optymizmu.
Jednak kosmopolityzm to nie tylko koktajle czy fluktuacje rynku mody. To coś, co cenimy u tych, którzy czytają prozę ze wszystkich kontynentów, u słuchaczy i wykonawców muzyki świata. Do niego aspirują obrońcy globalnej sprawiedliwości i menedżerowie wielonarodowych korporacji. Obrońcy praw uchodźców domagają się kosmopolitycznych reform prawnych tyleż z troski o imigrantów, co z wiary w to, że otwartość na inne kultury wzbogaci ich własną. W indyjskim "Sunday Times" kosmopolityzm jest wymieniany na czołowych pozycjach w ogłoszeniach matrymonialnych - "kulturalna, kosmopolityczna, zachodnia" albo "elegancki, zachodni kosmopolita pracujący w międzynarodowej korporacji".
Wielość zastosowań sprzyja modzie, lecz zaciemnia sens pojęcia. Mówi się o kosmopolitycznych przedsięwzięciach politycznych polegających na tworzeniu instytucjonalnych ram uczestnictwa dostosowanych do warunków globalnej integracji. Mówi się niekiedy o kosmopolitycznej etyce tych, którzy myślą i działają, mając na względzie całą ludzkość, ale też o stylu łączącym różne wpływy czy psychicznym nastawieniu pozwalającym czuć się dobrze wśród różnic i je cenić. Czasem mówi się tak o wszystkim, co wykracza poza lokalność (na poziomie gminy lub kraju), a kiedy indziej o holistycznych wizjach globalnej całości, jak w przypadku "wspólnoty ryzyka" w obliczu możliwej nuklearnej lub ekologicznej katastrofy. Kosmopolityczne mogą być miasta i kraje. Nowy Jork, Londyn, współczesne Delhi i historyczna Aleksandria zawdzięczały witalność i niepowtarzalny charakter nie podobieństwu swych mieszkańców, tylko wyuczonym umiejętnościom koegzystencji ponad podziałami etnicznymi, religijnymi, narodowymi, językowymi i innymi.
W kulturze popularnej i w naukach politycznych przez kosmopolityzm rozumie się zwykle pewną postawę, styl, osobiste zaangażowanie - niekoniecznie polityczne ani nawet etyczne. Zestawmy określenia "obywatel świata" i "światowiec". To drugie mówi o większej tolerancji dla moralnych uchybień lub zwyczajnie modnego stroju. Kosmopolityzm oferuje bezpośredni związek jednostki ze światem jako całością. Woli to od instytucjonalnej mediatyzacji, w tym więc sensie nie przezwycięża nacjonalizmu, tylko go (z pewnymi wyjątkami) naśladuje.
Niekiedy nadaje się kosmopolityzmowi wymiar etyczny, ale równie często świat jawi się w tej optyce jako stworzone dla naszej przyjemności miejsce konsumpcji. "Kosmopolityzm nastawiony jest na ekspresję i samorealizację - pisze Kimberly Yuracko. - Proponuje jednostkom szeroki wybór, a one biorą to, co daje im najwięcej przyjemności i gratyfikacji".
Częściej przez kosmopolitę rozumie się "obywatela świata". Kto nie chciałby nim być? Jednak byłoby czymś okropnym, gdyby obywatelstwo światowe łączyło się z pozbawieniem obywatelstwa i praw określonego państwa - nie zapominajmy o dawnym demonizującym terminie "wykorzenieni kosmopolici". Sprawę komplikuje współistnienie pozytywnych i negatywnych ocen. Nie ma, przykładowo, klasy wyższej chętniej oddającej się kosmopolitycznym zakupom niż rosyjska. Jednak ksenofobiczny nacjonalizm nie opiera się tam wyłącznie na ciemnej masie rosyjskiego chłopstwa pozbawionej handlowych megagalerii. Na antykosmopolityczną politykę naciskają elity kraju i mający rozległe kontakty milionerzy. Współwinni są nawet oligarchowie, którzy jeżdżą bentleyami i mają
domy na francuskiej Riwierze, choć sami mogą paść ofiarą nacjonalistycznych ataków.
Problemem nie jest starcie konsumeryzmu z etyką ani współistnienie kosmopolitycznego stylu z politycznym nacjonalizmem, tylko trend zastępowania etyką czy stylem głębiej pojmowanej polityki. Gdy mowa o kosmopolityzmie, myśli się zwykle o postawach niewymagających zmiany podstawowych, zewnętrznych wobec jednostki struktur polityczno-ekonomicznych.
Światowiec bez przywilejów Świadomość klasowa permanentnych podróżników to nie tylko przywileje, lecz również złudzenie, że ich doświadczenia różnorodności i mobilności ukazują cały świat. Spotkałem znajomego na sudańskiej pustyni. Mam znajomych na całym świecie. Byłem na każdym kontynencie. W miastach, hotelach i na lotniskach, które widzę po raz pierwszy, czuję się jak w domu. Jeżdżę zagranicznym samochodem i lubię różne kuchnie. Obchodzą mnie ofiary klęsk żywiołowych i niesprawiedliwość w dalekich krajach. Świat wydaje mi się mały. Jednak nie czyni go to całością, nie ukazuje jego całościowego oblicza.
Dominujący nurt teorii kosmopolityzmu korzysta szeroko z doświadczeń podróżników takich jak Vaughan i ja, którzy przekraczają granice i tworzą wielonarodowe społeczności ludzi biznesu, naukowców i działaczy organizacji charytatywnych. Teoria wspomina czasem o mniej uprzywilejowanych przybyszach z innych krajów - boliwijskich kapelach grających na ulicach całej Europy, filipińskich gosposiach obsługujących przyjezdnych i miejscowych w Azji Południowo-Wschodniej i w krajach Zatoki Perskiej, sikhijskich taksówkarzach w Toronto i Nowym Jorku, Meksykanach emigrujących do Hiszpanii i USA. Imigranci pomnażają wielokulturową różnorodność i globalne kontakty. Mogą być kosmopolitami w tym sensie, że ich lojalność lokuje się poza granicami kraju, ale nie są przykładem abstrakcyjnego uniwersalizmu, o którym mówi teoria.
Emigranci rzadko mogą poszczycić się takim biograficznym doświadczeniem jak Kwame Anthony Appiah. Utrzymuje on nawiązane w domu ojca, wybitnego polityka i adwokata, a potem w prywatnych szkołach, do których uczęszczał, kontakty z przyjaciółmi i krewnymi w różnych krajach. Emigracyjne doświadczenie rzadko wpisuje się w syntetyczny obraz świata jako całości będącej czymś więcej niż suma poszczególnych więzi. Do teorii kosmopolityzmu dodać trzeba obserwację, że bycie mieszkańcem świata wymaga odpowiednich warunków materialnych i instytucji społecznych - dla jednych jest łatwiejsze niż dla innych.
O naszym usytuowaniu w świecie decyduje sieć powiązań - od grona przyjaciół i krewnych, poprzez własny kraj i
Kościół, po rynki i instytucje globalne. Umożliwia ona spotkania takie jak moje z Vaughanem. Podróż za granicę jest możliwa dzięki układom powiązań, zasobom materialnym (jak karty kredytowe) i wsparciu udzielanemu jednostkom przez państwo, które m.in. wydaje paszporty. Przynależności globalnych nie określają relacje z jakąkolwiek z otaczających nas instytucji. Nazywając kosmopolitów "obywatelami świata", nie myślimy o zwykłym obywatelstwie - jest to de facto jego gorsza, mniej chroniona forma. Nie wszystkie państwa oferują satysfakcjonujące możliwości partycypacji ani nie zaspokajają należycie roszczeń, jednak większość robi to w większym lub mniejszym zakresie. Państwo oferuje strukturę zapewniającą jednostkom przynależność i określone uprawnienia. Obywatele mogą walczyć o poszerzenie uprawnień i lepsze państwo. Wielu osobom odmawia się pełnych praw, nie wszyscy mają też status i uprawnienia obywateli. Lecz są to wyjątki ukazujące wartość, jaką jest reguła - status bezpaństwowca nie należy do najszczęśliwszych.
Jeżeli kosmopolita jest obywatelem świata, spytać wypada nie tylko o wspólnotę polityczną, jaką jest ten świat, ale i o to, co czyni ów kosmos całością. Większości posługujących się tym terminem kosmopolitów chodzi o abstrakcyjną równoważność poszczególnych ludzi postrzeganych jako jednostkowa realizacja ogólnej kategorii, jaką jest ludzkość. Rozumienie takie tkwi u podłoża większości filozoficznych ujęć uniwersalizmu etycznego i większości koncepcji kosmopolityzmu. Jednak równoważność wszystkich istot ludzkich opisuje jedynie abstrakcyjną całość, a nie złożony, heterogeniczny świat, w którym ludzie reprezentują różne kultury, mają określone tożsamości, czują solidarność z jednymi i wrogość do innych. Nie ma niczego złego w odwołaniu się do uniwersalnej logiki, jak w etyce kantowskiej czy idei praw człowieka, gdyż pozwala ona dostrzec nierówności i inne przejawy niesprawiedliwości. Lecz jest to jednostronna perspektywa, wymagająca uzupełnienia kosmopolityzmem zorientowanym na więzi międzyludzkie na różnych poziomach solidarności i społeczno-kulturalnej organizacji.