http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Na razie spokój panuje w nigeryjskim Jos

Wojciech Jagielski, Johannesburg
2010-01-23, ostatnia aktualizacja 2010-01-22 16:33

Eksplozja waśni religijnych spowodowała śmierć prawie pół tysiąca osób, a kilkadziesiąt tysięcy pozbawiła dachu nad głową

Pracownik Czerwonego Krzyża udziela pomocy rannemu w zamieszkach
Fot. SUNDAY ALAMBA AP
Pracownik Czerwonego Krzyża udziela pomocy rannemu w zamieszkach
SERWISY
Na szczęście w czwartek, po czterech dniach pogromów religijnych w mieście Jos, stolicy stanu Plateau przedzielającego muzułmańską północ od chrześcijańskiego południa Nigerii, zapanował spokój.

Nie wiadomo, co wywołało krwawe zamieszki, które wybuchły w półmilionowym Jos w niedzielę i którym kres położyła dopiero w środę interwencja rządowego wojska. Przedstawiciele policji twierdzą, że zaczęli muzułmanie, którzy spalili jeden z kościołów. Muzułmanie zaprzeczają i winą obarczają chrześcijan, którzy mieli się na nich rzucić, gdy jeden z muzułmanów postanowił odbudować dom w dzielnicy chrześcijańskiej zburzony podczas poprzednich zamieszek w listopadzie 2008 r.

Gubernator stanu Plateau zrzuca winę na obcych - twierdzi, że zamieszki wywołali fanatycy muzułmańscy, którzy od jakiegoś czasu przeprawiają się przez granicę z Nigru i Czadu.

Większość zabitych w Jos to muzułmanie - imamowie miejscowych meczetów twierdzą, że wyznawców islamu zginęło ponad 400, a Human Rights Watch liczbę zabitych chrześcijan szacuje na blisko 100.

Waśnie religijne są zmorą Nigerii od jej powstania. Co gorsza, podziały religijne nakładają się na podziały geograficzne i etniczne, co sprawia, że wielu znawców Afryki od lat wróży Nigerii wojny domowe i rozpad państwa.

Na północy Nigerii mieszkają ludy muzułmańskie, głównie Hausańczycy. Na południu żyją chrześcijanie, głównie ludy Joruba na zachodzie oraz Ibo i Ijaw na wschodzie. Między wschodem i zachodem także dochodzi do sporów i konfliktów. Jedyna w Nigerii wojna domowa z początku lat 60. toczyła się właśnie w kraju Ibów, Biafrze, która mając ropę naftową, spróbowała secesji. Zginęło wtedy prawie 2 mln ludzi.

W ostatnich latach, wraz z przemieszczeniem się ludności z wiosek do wielkich metropolii, konflikty religijne i etniczne przestały mieć charakter regionalny i zagrażać istnieniu państwa, za to zaczęło ginąć w nich coraz więcej ludzi. W ciągu ostatniej dekady w zamieszkach religijnych zginęło kilkanaście tysięcy osób.

Stan Plateau i jego stolica Jos są w ostatnich latach jedną z głównych aren starć między muzułmanami i chrześcijanami, których jest tu mniej więcej tyle samo i żyją po sąsiedzku. Wielu chrześcijan przeniosło się tu z północy, gdzie większość stanów wprowadziła w 2000 r. szariat, czyli prawo koraniczne.

Od 2001 r. w samym tylko stanie Plateau zamieszki religijne pochłonęły ok. 2,5 tys. ofiar. Na wieść o zamieszkach nadzwyczajne środki bezpieczeństwa wprowadzono w muzułmańskich stolicach Kano, Kadunie i Maiduguri, gdzie latem zeszłego roku doszło do prawdziwej wojny między wojskiem rządowym i członkami radykalnej sekty muzułmańskiej Boko Haram ("Zachodnia edukacja jest złem"). Zginęło wówczas ponad 700 osób.

Pogromy w Jos i wcześniejsze, grudniowe walki religijne w Bauchi bardzo komplikują życie rządowi Nigerii, który stara się przekonać Zachód, że kraj nie jest jaskinią muzułmańskich fanatyków i wolontariuszy globalnego dżihadu. A Zachód tak właśnie zaczął postrzegać Nigerię, gdy zamachowiec, który w Boże Narodzenie usiłował wysadzić amerykański samolot, okazał się Nigeryjczykiem. W odpowiedzi Biały Dom wpisał Nigerię na czarną listę krajów, których obywatele podróżujący do USA powinni podlegać szczególnie ostrej kontroli.

Zamieszki w Jos pogłębią też kryzys polityczny i faktyczny stan bezkrólewia, w jakim od dwóch miesięcy pozostaje Nigeria. Pod koniec listopada rządzący od 2007 r. i wiecznie chorujący 58-letni prezydent Umaru Yar'adua zaniemógł na serce i wyjechał leczyć się w saudyjskiej Dżiddzie. Zgodnie z konstytucją w przypadku niedyspozycji lub nieobecności prezydenta może on przekazać władzę wiceprezydentowi tylko w oficjalnym liście przesłanym na ręce przewodniczących obu izb parlamentu. Ale Yar'adua władzy się nie zrzekł, a przykuty do łóżka nie może jej też skutecznie sprawować.

Przywódcy opozycji, a także działacze praw człowieka i prawnicy wystąpili do sądu, by ten orzekł, iż Yar'adua nie jest w stanie rządzić i władzę należy przekazać jego zastępcy Goodluckowi Jonathanowi, by pełnił ją przynajmniej do powrotu prezydenta do zdrowia albo do nowych wyborów w 2011 r.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':