Na szczęście w czwartek, po czterech dniach pogromów religijnych w mieście Jos, stolicy stanu Plateau przedzielającego muzułmańską północ od chrześcijańskiego południa Nigerii, zapanował spokój.
Nie wiadomo, co wywołało krwawe zamieszki, które wybuchły w półmilionowym Jos w niedzielę i którym kres położyła dopiero w środę interwencja rządowego wojska. Przedstawiciele policji twierdzą, że zaczęli muzułmanie, którzy spalili jeden z kościołów. Muzułmanie zaprzeczają i winą obarczają chrześcijan, którzy mieli się na nich rzucić, gdy jeden z muzułmanów postanowił odbudować dom w dzielnicy chrześcijańskiej zburzony podczas poprzednich zamieszek w listopadzie 2008 r.
Gubernator stanu Plateau zrzuca winę na obcych - twierdzi, że zamieszki wywołali fanatycy muzułmańscy, którzy od jakiegoś czasu przeprawiają się przez granicę z Nigru i Czadu.
Większość zabitych w Jos to muzułmanie - imamowie miejscowych meczetów twierdzą, że wyznawców islamu zginęło ponad 400, a Human Rights Watch liczbę zabitych chrześcijan szacuje na blisko 100.
Waśnie religijne są zmorą Nigerii od jej powstania. Co gorsza, podziały religijne nakładają się na podziały geograficzne i etniczne, co sprawia, że wielu znawców Afryki od lat wróży Nigerii wojny domowe i rozpad państwa.
Na północy Nigerii mieszkają ludy muzułmańskie, głównie Hausańczycy. Na południu żyją chrześcijanie, głównie ludy Joruba na zachodzie oraz Ibo i Ijaw na wschodzie. Między wschodem i zachodem także dochodzi do sporów i konfliktów. Jedyna w Nigerii wojna domowa z początku lat 60. toczyła się właśnie w kraju Ibów, Biafrze, która mając ropę naftową, spróbowała secesji. Zginęło wtedy prawie 2 mln ludzi.
W ostatnich latach, wraz z przemieszczeniem się ludności z wiosek do wielkich metropolii, konflikty religijne i etniczne przestały mieć charakter regionalny i zagrażać istnieniu państwa, za to zaczęło ginąć w nich coraz więcej ludzi. W ciągu ostatniej dekady w zamieszkach religijnych zginęło kilkanaście tysięcy osób.
Stan Plateau i jego stolica Jos są w ostatnich latach jedną z głównych aren starć między muzułmanami i chrześcijanami, których jest tu mniej więcej tyle samo i żyją po sąsiedzku. Wielu chrześcijan przeniosło się tu z północy, gdzie większość stanów wprowadziła w 2000 r. szariat, czyli prawo koraniczne.
Od 2001 r. w samym tylko stanie Plateau zamieszki religijne pochłonęły ok. 2,5 tys. ofiar. Na wieść o zamieszkach nadzwyczajne środki bezpieczeństwa wprowadzono w muzułmańskich stolicach Kano, Kadunie i Maiduguri, gdzie latem zeszłego roku doszło do prawdziwej wojny między wojskiem rządowym i członkami radykalnej sekty muzułmańskiej Boko Haram ("Zachodnia edukacja jest złem"). Zginęło wówczas ponad 700 osób.
Pogromy w Jos i wcześniejsze, grudniowe walki religijne w Bauchi bardzo komplikują życie rządowi Nigerii, który stara się przekonać Zachód, że kraj nie jest jaskinią muzułmańskich fanatyków i wolontariuszy globalnego dżihadu. A Zachód tak właśnie zaczął postrzegać Nigerię, gdy zamachowiec, który w Boże Narodzenie usiłował wysadzić amerykański samolot, okazał się Nigeryjczykiem. W odpowiedzi Biały Dom wpisał Nigerię na czarną listę krajów, których obywatele podróżujący do
USA powinni podlegać szczególnie ostrej kontroli.
Zamieszki w Jos pogłębią też kryzys polityczny i faktyczny stan bezkrólewia, w jakim od dwóch miesięcy pozostaje Nigeria. Pod koniec listopada rządzący od 2007 r. i wiecznie chorujący 58-letni prezydent Umaru Yar'adua zaniemógł na serce i wyjechał leczyć się w saudyjskiej Dżiddzie. Zgodnie z konstytucją w przypadku niedyspozycji lub nieobecności prezydenta może on przekazać władzę wiceprezydentowi tylko w oficjalnym liście przesłanym na ręce przewodniczących obu izb parlamentu. Ale Yar'adua władzy się nie zrzekł, a przykuty do łóżka nie może jej też skutecznie sprawować.
Przywódcy opozycji, a także działacze praw człowieka i prawnicy wystąpili do sądu, by ten orzekł, iż Yar'adua nie jest w stanie rządzić i władzę należy przekazać jego zastępcy Goodluckowi Jonathanowi, by pełnił ją przynajmniej do powrotu prezydenta do zdrowia albo do nowych wyborów w 2011 r.