Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
W czwartkowy ranek 7 stycznia znajomy policjant ostrzegł Józefa B., 62-letniego właściciela kantoru w Galerii Opolanin, że zostanie napadnięty. Dodał, że policja o wszystkim wie i szykuje zasadzkę na bandytów.
W ciągu dnia funkcjonariusze kontaktowali się z panem Józefem telefonicznie jeszcze kilka razy. Powiedzieli mu, gdzie ma zaparkować
samochód i jak się zachowywać, by nie wzbudzić podejrzeń. Okazało się, że kantor obserwują czterej młodzi mężczyźni.
Po godz. 18 pan Józef skończył pracę i wychodził z torbą, do której zamiast pieniędzy włożył pocięty papier. Policja utrzymuje, że na parkingu było wielu uzbrojonych funkcjonariuszy w cywilu. Mieli na sobie kamizelki kuloodporne i broń.
Uzbrojony był też Józef B. Pozwolenie miał od 15 lat, a policja o tym wiedziała, bo właściciel kantoru uprzedził funkcjonariuszy, że nosi przy sobie pistolet.
- Nikt go nie poinstruował, jak ma się zachowywać podczas akcji. Nie dostał nawet kamizelki kuloodpornej - mówi mecenas Sławomir Wojciechowski, adwokat Józefa B. - Mój klient został użyty jako żywa przynęta, ale o jego bezpieczeństwo nikt nie zadbał, choć była to dla niego niezwykle stresująca sytuacja.
Według mecenasa Wojciechowskiego, kiedy właściciel kantoru siadał za kierownicą, do auta wdarł się napastnik i zaczął go dusić. Nadbiegał też drugi mężczyzna z paralizatorem. Józef B. wyciągnął pistolet i wystrzelił, trafiając duszącego go napastnika w serce. Pozostałych trzech bandytów policjanci złapali w ciągu kilkunastu sekund.
Opolska prokuratura sprawdza, czy Józef B. nie przekroczył granic obrony koniecznej. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że skłania się ku postawieniu zarzutu zabójstwa w afekcie, za co grozi do 10 lat więzienia.
Mecenas Wojciechowski uważa, że sprawę należy umorzyć. - Mój klient miał pełne prawo użyć broni, obawiał się o swoje życie. A przy akcji współpracował z policją - zauważa.
Dr Piotr Kładoczny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, adiunkt w Instytucie Prawa Karnego Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że policja powinna szczegółowo poinstruować Józefa B., jak ma się zachować. - Nie można nikomu, kto ma pozwolenie na broń, zabronić jej noszenia. Ale może należało poprosić właściciela kantoru, żeby broń zostawił? - mówi dr Kładoczny.
Jego zdaniem trzeba też wyjaśnić, czy Józef B. widział policjantów. Bo mógł żadnego nie dostrzec, a w takiej sytuacji człowiek nie ma pewności, czy służby zdążą zareagować.
Prokuratura sprawdza również, czy policja nie przekroczyła uprawnień, urządzając zasadzkę na bandytów. - Wolałbym, by policja zapobiegała przestępstwom, ale być może w tym przypadku wygodniej było złapać bandytów na gorącym uczynku, żeby mieć bezsporne dowody - mówi Piotr Kładoczny. - Ale przecież chodzi o to, by obywatel był bezpieczny, a nie żeby policja miała wygodniej.
Policja nie ma sobie nic do zarzucenia. - Specjalny zespół z Komendy Głównej zbadał akcję opolskich funkcjonariuszy i uznał, że działali optymalnie - oświadczył rzecznik policji Mariusz Sokołowski.
Wizytujący przedwczoraj opolską jednostkę komendant główny Andrzej Matejuk dodał, że policjantom należą się brawa. - Zapobiegli przestępstwu, nie doszło ani do kradzieży, ani zabójstwa właściciela kantoru - podkreślił.
Jego zdaniem nie było błędem pozostawienie broni właścicielowi kantoru w trakcie zasadzki w zatłoczonej galerii handlowej. - Jeżeli ktoś ma pozwolenie na broń, dokładnie wie, jak z nią postępować. I bierze odpowiedzialność za to, jak jej użyje - zaznaczył gen. Matejuk.