http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Stolica Haiti zaczyna się wyludniać

Bartosz T. Wieliński
2010-01-20, ostatnia aktualizacja 2010-01-19 16:51

Ze zniszczonego trzęsieniem ziemi Port-au-Prince uciekają na prowincję tysiące mieszkańców. W mieście dalej panuje chaos, brakuje żywności i lekarstw

Na ulice Port-au-Prince wyjechały pierwsze patrole amerykańskich marines. Hummery kręcą się po zagruzowanych uliczkach, a siedzący w nich żołnierze trzymają palce na spuście.

Wozy nie są opancerzone - to nie Afganistan i nikt nie spodziewa się ze strony mieszkańców oporu. Patrole to demonstracja siły mająca zniechęcić rabusiów, którzy od kilku dni plądrują sklepy. Nie wiadomo, jakie przynosi to efekty. Agencje donoszą, że niektóre patrole musiały strzelać w powietrze, by przepędzić szabrowników.

Wojskowi mają też inne zadania. Muszą ochraniać lotnisko i punkty wydawania pomocy humanitarnej, przy których ostatnio też dochodziło do awantur, które potem przeradzały się w zamieszki. Wczoraj żołnierze z 82. dywizji powietrzno-desantowej wylądowali także na terenie zniszczonego pałacu prezydenckiego.

Mimo że na wyspie jest już 10 tys. amerykańskich marines i spadochroniarzy, a do tego kilka tysięcy żołnierzy błękitnych hełmów ONZ i haitańskich policjantów, kraj dalej pogrąża się w chaosie. Pomoc, choć Amerykanie zaprzęgli wielkie transportowce do zrzucania palet z żywnością nad Port-Au-Prince i okolicami, nadal nie dociera do wszystkich potrzebujących.

Ludzie biją się o jedzenie. Starsi i schorowani nie mają szans, by dopchać się do transportów z wodą. Kilka dni temu agencje opisywały dramat mieszkańców domu starców z przedmieść stolicy, których zostawiono samym sobie. Do starszych ludzi, często poranionych w trzęsieniu ziemi, nie dotarli ratownicy. Miejscowi ignorują ich błagania o wodę i żywność - czeka ich więc powolna śmierć.

Przysłane z całego świata szpitale polowe pracują na pełnych obrotach, najciężej ranni są wysyłani do szpitali w USA i Brazylii. W poniedziałek wieczorem polskiego czasu główny szpital w Port-au-Prince odwiedził były prezydent Bill Clinton, obecnie specjalny wysłannik ONZ na Haiti. - To, co tu robicie, to prawdziwy heroizm - mówił do lekarzy i ratowników.

Ale ci nie są w stanie pomóc wszystkim. Na wyspie śmiertelne żniwo wśród rannych zbierają infekcje. Dla ofiar, którym nie udało się dopchać do szpitala, często jedynym ratunkiem jest amputacja poranionej nogi czy ręki.

- Leczymy ludzi i wypuszczamy, choć nie wiemy, co ich czeka na zewnątrz - mówi jeden z lekarzy izraelskiego szpitala polowego.

Gangi, które niegdyś trzęsły Haiti, w obliczu kataklizmu odzyskują dawne siły. Tym bardziej że z więzienia w Port-au-Prince uciekło aż 3 tys. kryminalistów.

Dlatego drogi prowadzące ze stolicy na prowincję są pełne uchodźców. Miasta i osady położone w głębi kraju są podobno mniej zniszczone i jest w nich woda i żywność. Ludzie często idą na piechotę - bo za przejazd autobusem kierowcy życzą sobie prawie pięć dolarów, czyli równowartość kilkudniowej pensji.

Nie wszystkie autobusy są w stanie wyjechać z miasta - na wyspie coraz częściej brakuje benzyny. Część ludzi koczuje przed amerykańską ambasadą. To krewni mieszkających w USA emigrantów z Haiti. Daremnie liczą na wizę i przelot do Stanów. Amerykanie spodziewają się, że gdy sytuacja jeszcze się pogorszy, tysiące ludzi wsiądą do zaimprowizowanych łodzi i ruszą w kierunku Florydy.

Nad wyspą krążą już wojskowe samoloty i nadają przez radio przestrogi haitańskiego ambasadora w USA Raymonda Josefa: - Nie uciekajcie z Haiti, bo wasze problemy jeszcze się pogorszą. W Ameryce nikt nie czeka na was z otwartymi rękami. Przechwycą was na morzu i odeślą do domu!

Amerykańskie służby imigracyjne pośpiesznie przygotowują dodatkowe miejsca w ośrodkach dla imigrantów.

Ameryka ma też inne problemy. Coraz głośniej krytykuje się jej postępowanie na Haiti, chodzi głównie o przejęcie kontroli nad lotniskiem w Port-au-Prince i niewpuszczanie na nie transportowców z pomocą zagraniczną i szpitalami polowymi. Amerykanów krytykowała za to europejska prasa, a wczoraj przyłączyli się do tego politycy. - Trzeba wyjaśnić Amerykanom, że chodzi o pomoc, a nie o okupację Haiti - oświadczył wczoraj Alain Joyandet, francuski wiceminister spraw zagranicznych.

Jego słowa musiał później prostować prezydent Nicolas Sarkozy. - Amerykanie na Haiti odwalają wspaniałą robotę - mówił.

Być może z powodu krytyki prezydent Barack Obama zaproponował, by nadzór nad operacją na Haiti sprawowały wspólnie USA, Brazylia i Kanada.

Mimo że od trzęsienia ziemi minął ponad tydzień, międzynarodowym ekipom ciągle udaje się wydobywać spod gruzów żywych ludzi. Wczoraj spod ruin uniwersytetu w Port-au-Prince uratowano dwie kobiety. Szacuje się, że kataklizm pochłonął 200 tys. ofiar.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':