Oprócz akcji
policyjnych takich jak ogólnokrajowa piątkowa obława, których celem byli przede wszystkim producenci i sprzedawcy neonazistowskich przedmiotów i odzieży, rząd Jana Fischera sięgnął po najcięższą broń. Chodzi o sądowy zakaz istnienia partii.
W rozpoczętym w ubiegłym tygodniu procesie czeski gabinet stara się o wydanie zakazu istnienia Partii Robotniczej, najaktywniejszej z grup neonazistowskich. Jeśli sąd przychyli się do tego wniosku, będzie to pierwszy taki przypadek od 1989 roku.
Choć poparcie dla Partii Robotniczej nie przekracza 1 proc., kilka z jej akcji, zwłaszcza antyromskich, sprawiło, że o grupie jest głośno. W roku 2008 Partia Robotnicza powołała do życia na wpół zmilitaryzowane jednostki, tzw. oddziały ochronne, których komendantem głównym jest przewodniczący partii Tomáš Vandas. Partia wydaje gazetę, a od roku działa jej
telewizja internetowa.
Obecny proces o delegalizację Partii Robotniczej to jest drugie takie podejście. Pierwsza zainicjowana w roku 2008 przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Ivana Langera, zakończyła się klęską państwa. Przyczyną był zdaniem komentatorów słabo przygotowany przez rząd materiał dowodowy.
Premier Jan Fischer uważa, że tym razem materiał jest dużo lepszy. - Nad nowym wnioskiem wniosku współpracowaliśmy z policją, specjalistami od prawa administracyjnego i kancelariami adwokackimi - mówi premier. - Jestem pewny, że jest wystarczająco dużo argumentów, aby sąd najwyższy rozwiązał Partię Robotniczą - dodaje szef MSW. Rząd zatrudnił jednego z najsłynniejszych adwokatów Tomáša Sokola.
I choć
policja oraz rząd zgromadziły rozległy materiał dowodowy - przedłożono np. dużo zdjęć, na których widać "hajlujących" czołowych działaczy partii, to i tym razem trudno będzie uzyskać delegalizację Partii Robotniczej. Zgodnie bowiem z ustawą zasadniczą rząd będzie musiał udowodnić, że Partia Robotnicza działa niezgodnie z obowiązującym porządkiem konstytucyjnym.
Przed sądem w roli świadków i biegłych wystąpiło już wielu policjantów i specjalistów ds. ekstremizmu. Zdaniem policji w zeszłym roku i dwa lata temu Partia Robotnicza wzięła udział w antyromskich wystąpieniach na północy Moraw, które w kilku przypadkach zakończyły się przemocą. Specjalista ds. ekstremizmu Michal Mazl oświadczył, że Partia Robotnicza w widoczny sposób nawiązuje do ideologii nazistowskiej.
Szef partii Tomáš Vandas, który broni ją przed sądem, nie kryje, że cieszy się z procesu przebiegającego niespełna cztery miesiące przed wyborami. Dzięki temu partia ma bezpłatną reklamę we wszystkich mediach. Zapowiedział także, że jeśli sąd rozwiąże partię, to weźmie ona udział w wyborach pod inną nazwą. - Decyzja o rozwiązaniu partii byłaby dla nas doskonałym początkiem kampanii wyborczej - powiedział Vandas.
Zdaniem Vandasa obwinianie o nawiązywanie do ideologii nazistowskiej jest bezwstydnym kłamstwem, zaś partia dystansuje się od przemocy, która towarzyszyła ich antyromskim demonstracjom. "Nie jesteśmy żadnymi awanturnikami, wręcz przeciwnie, dbamy o przestrzeganie prawa i porządku" - stwierdził Vandas. Naturalnie proces określił mianem politycznego. Po zapoznaniu się z materiałem dowodowym i wysłuchaniu obrony sąd najwyższy odroczył proces. Będzie on kontynuowany najwcześniej w lutym.