http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Reagan amerykańskiej lewicy?

Marcin Bosacki, Waszyngton
2010-01-20, ostatnia aktualizacja 2010-01-21 00:17

Przez ten rok straciliśmy przekonanie, że zmieniamy Waszyngton... - powiedział Barack Obama pięć dni temu magazynowi "People". Trudno o celniejszą ocenę roku jego rządów. I bardziej dla niego surową

ZOBACZ TAKŻE
Amerykanie oceniają Obamę
Amerykanie oceniają Obamę
Amerykanie nadal darzą Obamę sympatią - deklaruje to 56 proc. z nich. Ale ocena jego dokonań zjechała od 20 stycznia zeszłego roku, gdy obejmował urząd, na łeb na szyję - z 68 do 48 proc. To tylko minimalnie więcej niż tych, którzy oceniają go źle. Jeszcze gorzej jest z oceną poszczególnych osiągnięć prezydenta - jego zmagania z gospodarką dobrze ocenia 40-44 proc. Amerykanów, z reformą służby zdrowia 34-40 proc., z deficytem budżetowym marna jedna trzecia.

- Obama ma po roku jeden problem: brak sukcesów - powiedział mi na jednym z przyjęć noworocznych doradca demokratycznego kongresmena. Ma rację, ale nie jest to cała prawda o 44. prezydencie USA.

Clinton to mięczak

Nie da się zrozumieć Obamy jako polityka bez pewnej jego wypowiedzi ze stycznia 2008 r. Toczył wtedy śmiertelny bój z Hillary Clinton o nominację Partii Demokratycznej i wypowiedział w Newadzie słowa, które wszystkich zdumiały: - Myślę, że Ronald Reagan zmienił trajektorię Ameryki na skalę, na jaką Bill Clinton tego nie zrobił. Wprowadził nas na zupełnie inną ścieżkę...

Wielu komentatorów uważało wtedy, że to tylko cios w rywalkę i jej męża, ale mylili się. Obama naprawdę ma podziw dla republikanina Reagana za jego odwagę polityczną. Clintona uważał zaś za mięczaka, który lawirował, cofał się przed trudnościami, np. rezygnując z reformy zdrowia.

Obama zawsze jak Reagan chciał być prezydentem rzeczy wielkich. Wierzył w "Zmianę", główne hasło swej kampanii. W lutym 2007 r., gdy ogłaszał start po prezydenturę, porównywał się do Abrahama Lincolna i mówił, że nie będzie "jak ci politycy, którzy co cztery lata obiecują to samo", a potem się z tego nie wywiązują. Ponad rok później, gdy pokonał Clinton, nie tylko deklarował, że "to moment, gdy zaczął opadać poziom wód w oceanach", co było szczytem politycznego kiczu, ale także, już na serio: "to moment, gdy zaczynamy przebudowę tego wielkiego kraju".

Gdy wprowadził się do Białego Domu, Obama nie spuścił z tonu ani na jotę. Jego szef sztabu Rahm Emmanuel zapowiadał, że rząd nie może "stracić okazji, jaką daje taki kryzys". Prezydent i jego otoczenie uważali, że kryzys i wyraźne zwycięstwo wyborcze dają im legitymację, by zmienić kraj tak mocno, jak zrobił to Reagan, choć w odwrotnym kierunku: wzmocnienia roli państwa, kontroli nad rynkiem, sprawiedliwości społecznej.

Obama wyznaczył sobie trzy wielkie cele. O pierwszym, reformie systemu zdrowia tak, by ubezpieczyć większość z 40 mln nieubezpieczonych Amerykanów, mówił: "Nie jestem pierwszym prezydentem, który się do tego zabiera, ale będę ostatnim". Skoncentrował na tym ogromną część swej energii i kapitału politycznego w pierwszym roku. Ustawa po heroicznych bojach w Kongresie zapewne zostanie w końcu uchwalona. Ale nie jest popularna.

Dwie pozostałe priorytetowe reformy - przestawienie energetyki amerykańskiej na bardziej ekologiczne tory i zwiększenie kontroli nad rynkami finansowymi - są w Kongresie daleko w polu, a wielu obserwatorów uważa, że Obamie nie uda się ich przepchnąć w ogóle.

Podobnie z polityką zagraniczną. Prezydent wziął się naraz do naprawiania stosunków z Rosją i Chinami, ustanowienia pokoju między Izraelem i Palestyńczykami, próby poprawienia stosunków z Iranem, nowej polityki wobec Afganistanu i Pakistanu, walki ze zmianami klimatycznymi, a na dodatek ogłosił, że chce usunąć z Ziemi broń atomową.

Po roku problemem nie jest, że żadna z tych spraw nie została rozwiązana. Ale jest katastrofą, że po roku nie widać dla nich - z wyjątkiem od miesiąca Afganistanu - jasnego planu działań. A niektóre są palące, jak program atomowy Iranu. W tej sprawie rok - kolejny, bo George Bush jr też ma poważne grzechy - został po prostu stracony.

Priorytety Obamy i Amerykanów

Obama miał w kampanii wyborczej rację - Ameryka chce zmiany. Ale zgrzeszył nadmiarem ambicji. Tak się w polityce, zwłaszcza mocarstwa, gdzie w grę wchodzą kolosalne interesy, po prostu nie da.

Prezydent złożył w kampanii rekordową liczbę ponad 500 obietnic. Serwis PolitiFact ocenia, że po roku 14 złamał, a 87 na pewno nie zrealizuje. Jednak mimo wszystko 91 obietnic udało mu się spełnić. Niektóre były niepoważne ("kupię po wygranej córkom pieska"), inne ogólnikowe ("poprę oszczędność wody na zachodzie USA"), ale część była kluczowa, np. ustanowienie praw posiadaczy kart kredytowych czy wygłoszenie w Kairze mowy do świata muzułmańskiego. To także rząd Obamy, do spółki z ekipą Busha i bankiem centralnym Fed, ustabilizował rok temu rynek finansowy.

Dlaczego, jak pokazują sondaże, Amerykanie tego nie doceniają? Bo priorytety Obamy nie pokrywają się z priorytetami zwykłych obywateli. Ci chcą, by prezydent zajmował się głównie walką z kryzysem gospodarczym, bezrobociem, deficytem budżetu i terrorem.

Obama szybko przepchnął wart prawie 800 mld dol pakiet pobudzania gospodarki i czekał, aż on zadziała. Jego doradcy zapewniają, że tak się stało, że pakiet ocalił 2 mln miejsc pracy. Nawet gdyby ta liczba była prawdziwa (miesiąc temu mówili o 700 tys.), nie jest to wynik dobry - oznacza, że na ocalenie jednego miejsca pracy rząd potrzebował 150 tys. dol. (z pakietu wydano dotąd 300 mld). Zwykli Amerykanie pamiętają, co rząd Obamy obiecywał rok temu - że z jego pakietem bezrobocie nie przekroczy 8 proc., ale od czterech miesięcy wynosi ponad 10 proc.

Obama wie, że walka z zadłużaniem państwa jest dla wyborców ważna, więc często o niej mówi. Ale niewiele robi - deficyt rośnie jeszcze szybciej niż za Busha. Amerykanie są wściekli. Jeden z moich sąsiadów, wysokiej klasy komputerowiec, biadał ostatnio: - Do czego to doszło, by europejska prasa zastanawiała się, nie bez podstaw, czy aby Ameryka nie zbankrutuje!

I reforma systemu zdrowia, i przestawienie energetyki na bardziej ekologiczne tory miały rok temu solidne poparcie Amerykanów. Ale wyborcy, jak pokazują badania, uważają, że głęboki kryzys nie jest dobrym momentem na trzy kosztowne reformy.

W dodatku Obama chciał chwycić byka za rogi i przeprowadzić zmiany bardzo głębokie (opozycja mówi: ortodoksyjnie lewicowe). W energetyce np. Obama postanowił, że celem będzie szybkie odrzucenie ropy i węgla oraz gwałtowny rozwój źródeł alternatywnych. Ale to musi, przynajmniej przejściowo, kosztować - i tysiące górników z Pensylwanii, i wszystkich podatników, i stany USA. Dziś nawet demokratyczni gubernatorzy proszą prezydenta, by w powodu kryzysu ograniczył ambitne plany ekologiczne, bo nie mają na to pieniędzy.

Obamie trzeba przyznać, że jest między młotem a kowadłem. Amerykanie są w swej większości społeczeństwem konserwatywnym. Prawie połowa z nich uważa dziś, że prezydent jest "zbyt lewicowy" (gdy go wybierano, uważała tak jedna trzecia) i że chce zmian zbyt radykalnych.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':