http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cząstki Oli

Anna Wacławik-Orpik
2010-01-19, ostatnia aktualizacja 2010-01-26 15:44

Ola leżała ciepła, ładna, miała zrobione paznokietki. Po wypadku cały bok miała czarny, a po dwóch, trzech dniach było widać, że to wszystko się leczy, że ciało jest różowe. Jak uwierzyć, że się coś goi na człowieku, który rzekomo nie żyje?

Ola Berlińska zrobiła sobie sama to zdjęcie, na pół roku przed wypadkiem
Ola Berlińska zrobiła sobie sama to zdjęcie, na pół roku przed wypadkiem


W domu państwa Berlińskich zawsze było mnóstwo dzieci. Najpierw wychowywali pięcioro własnych: Joasię, Martę, Dominika, Olę i Zuzę. Kiedy dorosłe dzieci kolejno opuszczały dom, Berlińscy zaczęli pomagać innym - opuszczonym, pokiereszowanym, trudnym. Zostali wysoko wykwalifikowaną rodziną zastępczą, później założyli rodzinny dom dziecka. Teraz u Berlińskich w podwarszawskim Piastowie mieszka najmłodsza córka, maturzystka Zuza i ośmioro dzieci w pieczy zastępczej.

W czwartkowe popołudnie drugiego sierpnia 2007 roku Maria i Jerzy Berliński pojechali po jedno ze swoich "zastępczych dzieci", by po wakacjach przywieźć je do domu. Córka Marta czekała na ich powrót w Piastowie, a jej młodsza siostra Ola właśnie wyruszała na wakacje na Mazury. Była szczęśliwa, bo udało jej się wyciągnąć narzeczonego na tygodniowy urlop do ukochanego przez całą rodzinę Berlińskich gospodarstwa na Mazurach.

Prowadziła, a chłopak czytał jej na głos książkę. W Budach Czarnockich, za Łomżą - akurat było z górki, więc musiała jechać co najmniej setką - na drogę wyjechał traktor. Widłami, na które zwykle nabierał bele słomy, zatrzymał auto w miejscu. To było potężne uderzenie. Musieli ciąć samochód, żeby dziewczynę wyciągnąć. Ostatnie słowa Oli leżącej między fotelami brzmiały: "Żyję, żyję...". Miała prawie 22 lat. Po wakacjach zaczęłaby trzeci rok na psychologii.



Rozmawiałem z nią, licząc na to, że słyszy, co mówię

Maria Berlińska, mama Oli: Tego dnia nie widzieliśmy się z Olą. Ja tylko do niej zadzwoniłam, że kupiłam jej ładną bluzkę, ucieszyła się, mówiła, że bardzo się spieszy i że się zobaczymy za tydzień. Jechała w takie sentymentalne miejsce, z którym mamy dużo dobrych wspomnień. Potem zadzwoniła Marta, siostra Oli, z pytaniem, czy już wracamy, bo ma wiadomość i czeka na nas w domu.

Otworzyłam drzwi i zapytałam od razu:

- Stało się coś?

- Wypadek.

- Ola?

- Tak, jest w szpitalu w Łomży. Jest nieprzytomna.

Marta została z dziećmi, a my pojechaliśmy.

Jerzy Berliński, tata Oli: W drodze do Łomży zajmowaliśmy się organizacją opieki nad dziećmi i załatwialiśmy nocleg w Łomży. Jadąc tam, nie wiedzieliśmy, jakie są szanse. Powiedzieli nam, że Ola została wprowadzona w śpiączkę farmakologiczną. Wydawało się, że mogą być chirurgiczne problemy, mieliśmy nadzieję, że być może będzie na wózku, że będzie długa rehabilitacja... Nikt nie mówił nam o zagrożeniu życia.

Maria: Na miejscu usłyszeliśmy, że z lewej strony jest cała potrzaskana, ma poważnie uszkodzoną głowę, łokcie, miednicę... Rano okazało się, że stan jest beznadziejny, że należy się przygotować na śmierć Oli. Pani doktor powiedziała, że nie ma sensu trzymać Oli w stanie śpiączki, bo można już mówić o śmierci mózgu.

Jerzy: Zrobiło mi się słabo, usiadłem na krześle... dobrze, że było blisko... i czekaliśmy na to, co będzie dalej, bezczynni. Cały czas byliśmy przy Oli, na intensywnej terapii. Kolejne badania neurologicznie wypadały niekorzystnie, funkcje organizmu były podtrzymywane tylko dzięki respiratorowi. Zadzwoniliśmy do rodziny, żeby powiedzieć, że jeśli ktoś chce zobaczyć Olę, ma kilka godzin. Po południu przyjechała reszta dzieci, każdy z nas miał dla siebie dowolny czas, mógł być sam z Olą. Ja z nią rozmawiałem, licząc na to, że słyszy, co mówię. To było nasze pożegnanie.

Skoro jest tak, że ona umiera

Maria: To nasz syn Dominik powiedział: "Mamo, skoro jest tak, że ona umiera, to zastanówmy się nad tym, żeby oddała organy". Poprosiłam lekarkę, żeby mi udowodniła, że Ola nie żyje, żeby mnie przekonała, że nie ma żadnej nadziei. Pokazała mi zdjęcia, wytłumaczyła, że mózg jest prawie cały zniszczony i to tylko kwestia czasu, kiedy śmierć dojdzie do rdzenia i Ola umrze. Nawet pod respiratorem nie ma szans. Wtedy zaproponowaliśmy przeszczep. Szpital w Łomży nie miał możliwości przygotowania do transplantacji, czekaliśmy więc na karetkę, która miała zabrać Olę do Warszawy na Wołoską.



Jerzy: Byliśmy informowani o procedurach, o koordynatorze, który miał ustalić biorców. Cały czas byliśmy z Olą. Jej stan się nie zmieniał, to nasza świadomość się zmieniała: Ola odchodzi, chociaż ją widzimy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 2
  • 66 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    376 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':