Przynajmniej dwóch policjantów ochraniało poszukiwaną za oszustwa właścicielkę biura inwestycyjnego w Limanowej - ustalili dziennikarze "Gazety". Powierzyli jej pieniądze i chcieli mieć pewność, że je odzyskają
O aferze wokół limanowskiego biura głośno jest od kilku tygodni. Kancelaria miała oszukać kilkaset osób. Monika B.-B. kusiła klientów wysoko oprocentowanymi lokatami w funduszach kapitałowych. Początkowo wypłacała wysokie odsetki, więc wielu klientów decydowało się za jej pośrednictwem dalej je inwestować.
Z naszych informacji wynika, że pieniądze powierzali jej najwięksi przedsiębiorcy w regionie, pracownicy banków i samorządowcy. Ale też lokalni prokuratorzy, prawnicy i policjanci. - Tych spraw w biurze nie załatwiała. Z klientami spotykała się zazwyczaj poza nim - mówi osoba znająca Monikę B.-B.
W listopadzie kobieta przestała wypłacać pieniądze i pojawiać się w biurze, a potem także odbierać telefony. Klienci szukali jej na własną rękę, niektórzy poszli na policję. Ale limanowscy funkcjonariusze nie byli skorzy do przyjmowania zawiadomienia o przestępstwie.
Dlaczego? Bo sami zainwestowali u Moniki B.-B. Według naszych ustaleń chodzi o przynajmniej dwóch policjantów wydziału kryminalnego limanowskiej komendy.
Gdy wszyscy poszukiwali lokalnej bizneswoman, oni doskonale wiedzieli, gdzie przebywa. Zwlekali z przyjęciem zawiadomienia od poszkodowanych, bo sami chcieli odzyskać pieniądze. Skontaktowali się z Moniką B.-B., radzili, by zmieniła numer telefonu, i ponaglali o zwrot gotówki.
- Prawdopodobnie jako jedyni odzyskali część swoich pieniędzy. Dopiero po rozliczeniu się z nimi Monika B.-B. zgłosiła się na policję - mówi nam jedna z osób znających sprawę.
Policja potwierdza. - Badamy wątek niedopełnienia obowiązków przez policjantów - mówi Dariusz Nowak, rzecznik policji w Krakowie. Na razie nie chce ujawniać szczegółów.